Ceira
Ángeles patrzyła
się na mnie swoimi słodkimi, ciemnymi oczami.
– Proszę –
powiedziałam do niej po raz kolejny. – Powiedz mi, o co chodzi z tą wiadomością
z Tartaru. Kto ma ją przysłać? Babcia czy ktoś inny?
Łasiczka
pokręciła głową, dając mi do zrozumienia, że nie wie.
Już od prawie
godziny próbowałam ją zmusić do tego, żeby cokolwiek mi zdradziła. Mówiła – o
tym wiedziałam od wczorajszej nocy, gdy ona i Peleus zaczęli trajkotać mi, co
powinnam zrobić.
Tym razem jednak
milczała. Miałam dosyć tej nieustannej ciszy, przerywanej przez mój głos.
Położyłam się na
łóżku. Wokół mnie panowała ciemność. Było już późno. Zamknęłam oczy.
Przez Tartar kroczyły dwie samotne postacie.
Dziewczyna o blond włosach ledwo szła.
– Annabeth, dasz radę – mówił do niej podpierający ją
chłopak, zwracając na nią swoje morskie oczy. – Wierzę w ciebie.
Powoli przemierzali martwe pustkowia.
Otworzyłam oczy
i spojrzałam się podejrzliwie na Ángeles. Ta spokojnie spała na parapecie i
wcześniej przygotowanym przeze mnie kocyku.
Annabeth Chase i
Percy Jackson byli w Tartarze. Ale jak oni się tam dostali? Jak długo tam już
byli?
Jedno wiedziałam
– któreś z nich przyśle wiadomość, o której mówiła Afrodyta. Ale kiedy o gdzie?
Zanim położyłam
się ponownie spać, postanowiłam, że następnego dnia powiem o tym Rachel.
Coś obudziło
mnie, podskakując ciągle po moim brzuchu.
– Jeszcze
minutkę – mruknęłam.
Ja ci dam minutkę, powiedziała Ángeles. Jest już w pół do ósmej.
Zerwałam się z
łóżka i szybko ubrałam. Nałożyłam nowy bandaż
na przedramię, po czym wybiegłam z kabiny w stronę pawilonu jadalnego.
Ku mojemu
zdziwieniu ten był dziwnie pusty.
– Ángeles! –
syknęłam cicho. Łasiczka pojawiła się na pobliskim drzewie. – Dlaczego mnie
okłamałaś?
Nie okłamałam, odparł gryzoń. W
Argentynie1 jest teraz za dwadzieścia ósma.
Jeszcze jeden
powód, dla którego nie powinno się mieć znającego strefy czasowe zwierzaka.
Powróciłam do
domku. Nie było sensu znów się kłaść spać, więc zawczasu wysprzątałam wszystko.
Już po paru minutach nie miałam nic do roboty, bo nie robiłam zbytniego
bałaganu.
Wzięłam łuk i
poszłam do lasu postrzelać. Jedną z rzeczy, którą Zoe jeszcze zdążyła mnie nauczyć,
było ciągłe ćwiczenie. Bez ćwiczeń
utracisz mistrzostwo, powtarzała mi za każdym razem, gdy się spotykałyśmy.
– Też nie możesz
spać, co? – zapytał ktoś idący obok mnie. Nie musiałam nawet patrzeć, by
rozpoznać głos Malcolma.
– Mogę –
odparłam. – Tylko mój budzik przełącza sobie strefę czasową na wcześniejszą.
Syn Ateny
zaśmiał się cicho.
Z moich planów
bycia samej wyszły nici. Chłopak nie chciał opuścić mnie ani na krok.
– Mogłabyś
nauczyć mnie strzelać? – spytał nagle. – Nigdy tego nie umiałem. Tiny mówi, że
jesteś dobrą nauczycielką.
Mimowolnie się
uśmiechnęłam. Doszliśmy do małej polanki (tam, gdzie się spotkałam z babcią) i
stanęliśmy.
– Strzelałeś
kiedyś? – zapytałam.
– Próbowałem,
ale z beznadziejnym skutkiem. – odpowiedział. – Gorzej niż Tiny kiedykolwiek.
– To pokaż –
powiedziałam, podając mu swój łuk i strzały. Malcolm przyjął poprawną pozycję,
ale wcale nie próbował wycelować. Miałam wrażenie, że zrobił to specjalnie, aby
pokazać, że nie umie strzelać.
– Nie udawaj –
rzekłam.
– A jednak
zauważyłaś – westchnął syn Ateny. Następna strzała przecięła powietrze obok
mojego ucha.
– Nie próbuj
mnie zabić – ostrzegłam. – Zawsze mam przy sobie broń, a w dodatku Ángeles
gdzieś się tu kręci.
Co do łasiczki,
blefowałam. Dosyć często chodziła własnymi drogami, które zbytnio nie
przecinały się z moimi, a ja jej tego nie zabraniałam.
– Dlaczego
poprosiłeś mnie o te niby „lekcje”? – spytałam, przerywając ciszę.
– Nie wiem –
odparł szczerze.
Bim-bam, bim-bam, usłyszałam głos znajomego mi
gryzonia. Wybiła ósma w Argentynie!
Bim-bam, bim-bam.
Wybuchłam
śmiechem. Miałam nadzieję, że ja także nie zacznę naśladować zegara. Malcolm
popatrzył na mnie zdziwiony.
– Nie pytaj –
rzuciłam, nie mogąc powstrzymać się od chichotu.
Nie śmiej się ze mnie, zawołała Ángeles.
To naprawdę nie jest śmieszne.
Tak, tak, oczywiście, odparłam w
myślach. Łasiczka udająca zegar z
pewnością nikogo nie rozśmieszy.
– Jesteś pewna,
że dobrze się czujesz? – zapytał zaniepokojony syn Ateny, gdy znów wybuchłam
śmiechem. Natychmiast spoważniałam.
– Tak –
odparłam. – Po prostu Ángeles udająca zegar nie jest zbyt codziennym
zjawiskiem.
Miałam nadzieję,
że chłopak mnie zrozumie. Podszedł do mnie i podał mi łuk, delikatnie się
uśmiechając.
Był wyższy ode
mnie, ale nie musiałam zadzierać głowy, by spojrzeć mu prosto w oczy. Nie
miałam wątpliwości, że odziedziczył je po swojej boskiej matce.
– Nie rozumiem –
szepnął. – Nie rozumiem, dlaczego mam się cię wystrzegać.
Nie wiedziałam,
czy mówił to do siebie, czy do mnie. Jednak ja rozumiałam, dlaczego ktoś mu radził
to zrobić. Byłam Łowczynią Nocy, a według przepowiedni to ze mną miała przyjść
zagłada Obozu Herosów, który jednocześnie miałam uratować.
Założyłam łuk na
plecy.
– Już muszę iść
– powiedziałam do Malcolma, po czym ruszyłam w kierunku domków.
No, nareszcie, rzekła łasiczka, nagle wspinając mi się na lewe
ramię. Myślałam, że tak będziecie stać
godzinami.
Nie marudź, odparłam.
I kto tu marudzi, co? Zapytała. Gdybyś tam była jeszcze chwilę, zaczęłabyś
mu powierzać swoje sekrety.
Nie
odpowiedziałam. Ángeles, jak zwykle zresztą, przesadzała. Ogólnie, zachowywała
się, jakby kiedyś była Łowczynią Artemidy. Okay, czasem się aż zbytnio
przymilała, ale momentami zaczynałam się jej bać. Już po dwóch dniach
znajomości z nią czułam się tak, jakbyśmy się znały od kołyski.
Widziałaś gdzieś Rachel? Spytałam
łasiczki.
Kręci się w tym wielkim budynku, a co? Odrzekła
spokojnie.
Nic. Po prostu
muszę z nią porozmawiać. Już nie mogę?
Bez świadków – nie.
Westchnęłam
cicho i podążyłam w kierunku Wielkiego Domu.
Rudowłosa siedziała
na werandzie, grając z Chejronem w szachy. Oboje byli tak zaabsorbowani grą, że
mnie nie zauważyli.
– Widzisz,
Rachel – powiedział centaur – nic nie uczysz się na własnych błędach. Szach-mat
– dodał, ruszając gońcem i stawiając białego króla dziewczyny w pułapce bez
wyjścia.
– Oszukiwałeś! –
oskarżyła go Wyrocznia, ale nauczyciel tylko się zaśmiał:
– Nie bądźmy
dziećmi. Nie muszę uciekać do takich nędznych podstępów, by cię zmylić.
Rudowłosa
obraziła się na niego i odwróciła głowę.
– Ceira –
zdziwiła się na mój widok. – Jak długo…
– Tylko momencik
– odparłam. – Musimy porozmawiać.
– No, to
słuchamy – rzekł Chejron, patrząc na mnie pytająco. Odetchnęłam głęboko.
– Dziś w śnie
widziałam Percy’ego Jacksona i Annabeth Chase – powiedziałam. – Nie wiem jak, ale
oni… oni są w Tartarze.
Rachel
przeraziła się.
– Jest coś
jeszcze – dodałam nieśmiało. – Z Tartaru ma przyjść wiadomość. Wtedy się też
dowiemy, o jakim zagrożeniu mówi przepowiednia.
Chejron
westchnął. Jeżeli nawet się przestraszył faktu, że dwójka jego uczniów jest w
samym piekle, sprytnie to ukrywał.
– Coś jeszcze? –
zapytał rzeczowo centaur.
– Nie, już chyba
nic – odpowiedziałam i po chwili odeszłam.
Rachel
Archiwum herosów
ukryte w podziemiach Wielkiego Domu stało się teraz najpewniejszym miejscem, że
to tam się ukrywa Chejron. Od paru dni cały swój wolny czas poświęcał na
poszukiwanie kartoteki jednego z rodziców Ceiry.
Dziś pomagałam
mu w szukaniu. Podczas gdy cały Obóz był zaangażowany w przygotowanie
wszystkiego na dzisiejszą noc, ja ślęczałam nad jakimiś papierami, każde
uważnie lustrując. Tak, żyć, nie umierać.
Centaur sięgnął
po pudło umieszczone na samej górze jednego z regałów. Zdjął je, ale połowa
kart wypadła.
Westchnęłam i
przyklękłam, pomagając mu w zbieraniu. Wszystkie położyliśmy bez żadnego
porządku do pudełka. Gdy Chejron wziął pudło i postawił na jednym ze stołów, po
czym zaczął je przejrzewać, zauważyłam, że jedna z kart wpadła pod regał.
Wyjęłam ją i przeczytałam.
Patrick Joseph Nightshade
Urodzony 13 II 1996 roku
Zmarły 26 XII 1996 roku
Tak, zaczyna się
wspaniale. Mały nawet nie zdążył przeżyć roku. Biedaczysko. I w dodatku umarł
we święta.
Mój wzrok padł
na uwagi, znajdujące się na samym końcu strony.
Zamordowany
przez nieznane potwory, razem ze swoimi rodzicami. Los starszej siostry
nieznany.
Starsza siostra
o nazwisku Nightshade… Przeszył mnie zimny dreszcz. Przecież wtedy, w nocy,
Ceira krzyknęła to imię, Patrick…
Nie mogłam
uwierzyć. Wnuczka Nyks miała kiedyś brata?
Zgięłam kartę i
schowałam do kieszeni spodni. Podeszłam do Chejrona, by pomóc mu w
przeszukiwaniu pudła.
– Czy jest
możliwe, by byli tu inni herosi o nazwisku Nightshade? – zapytałam.
– Oczywiście,
Rachel, że tak – odparł. – Tuż przed Percym był tu inny heros o nazwisku
Jackson. Bodajże miał na imię Eric. Przecież nawet teraz mamy parę osób o tym
nazwisku. Tiny, Walter, Isabel… Mamy prawie dwustu półbogów tutaj, więc
nazwiska mogą się powtarzać.
Nastała cisza.
Powoli pudło robiło się puste, a stosy równo poukładanych kartotek większe.
– Dzieci Nyks
rzadko się zdarzają – powiedział nagle centaur. – Raz na stulecie, może
rzadziej. Większa jest szansa, że znajdziesz dziecko wybranego boga z Wielkiej
Trójki niż Nyks. Ale nigdy wcześniej nie spotkałem się z wnukiem tej bogini.
Czyli wśród parę
tysięcy kartotek (jeśli nie było ich dziesiątki bądź setki) jest tylko jedna
karta należąca do matki lub ojca Ceiry. Świetnie. Po prostu idealnie.
– Chejronie!
Rachel! – usłyszałam, jak woła nas Clarisse stojąca na parterze. – Musicie
natychmiast przyjść! Mamy nowego herosa!
– Nawet na
chwilę nie dadzą mi odpocząć – mruknął centaur. Przestałam pojmować jego
pojęcie chwili. Niedawno to było pół
godziny. Teraz minęły ponad dwie godziny.
– Znaleźliśmy go
przy granicy – zaczęła opowiadać córka Aresa, gdy szliśmy za nią. – Prawie cały
w ranach, ale przytomny. Lara z nim została.
Pod Sosną Thalii
zauważyłam siostrę Clary i obcego chłopaka. Miał jasną skórę i białe jak śnieg
włosy. Clarisse nie kłamała – na całym ciele widniały rany.
– Ledwo co
podałam mu ambrozję – powiedziała Lara.
– Ale fajnie – zachwycił
się ranny półbóg. – Widzę te koniki z bajek.
Omal nie
wybuchłam śmiechem.
– Nie jestem
koniem z bajek – zauważył Chejron, całkowicie poważny. – Jestem centaurem.
– Czyli jesteś
konikiem z bajek – odparł chłopak. – To gdzie jest Herkules i ten mały
kozłonóg, Fil?
Tym razem nie
wytrzymałam i zaczęłam się śmiać. Nie mogłam się powstrzymać nawet wtedy, gdy
Chejron spojrzał się na mnie z naganą w wzroku.
– Tak,
rzeczywiście nie jesteś tym konikiem – rzekł nieznajomy. – Zaraz się zapalisz,
tak jak zawsze robisz, gdy się denerwujesz, Hadesie.
Centaur był na
kresu wytrzymałości.
– Czy on się nie
walnął w głowę? – spytał podenerwowany.
– Nie wiemy –
odpowiedziała Lara lekko rozbawionym tonem. – Znalazłyśmy go, jak tu leżał.
– Zabierzcie go
do skrzydła szpitalnego – rozkazał. – A najlepiej do izolatki – odwrócił się i
ruszył do Wielkiego Domu. – Konik z bajek, też sobie wymyślił – wołał oburzonym
tonem po drodze, myśląc, że zapewne tylko sobie mruczy pod nosem.
Gdy tylko
odszedł na bezpieczną odległość, wszystkie trzy zaczęłyśmy się trząść ze
śmiechu.
– Gratulacje –
powiedziała Clary. – Jesteś chyba pierwszą osobą, która na starcie wkurzyła
wiecznie spokojnego Chejrona.
Chłopak się
jednak nie odezwał.
– Świetnie –
oznajmiła Lara. – Zasnął.
– Czyli teraz
musimy go tylko przetransportować do skrzydła szpitalnego – stwierdziłam. – Nie
jest tak źle.
– W porównaniu z
tym, co może zrobić Chejron, to chyba znalazłyśmy się w Elizjum – odparła
Clarisse.
Ceira
Wszyscy herosi usiedli przy swoich stolikach.
Jakimś cudem Rachel pozwolono siedzieć ze mną.
Dionizos
powstał.
– Mamy w Obozie
nowego herosa – oznajmił. – Ma na imię… - bóg wina urwał i spojrzał na swoją
rękę. – Ma na imię León.
Stojący obok
niego białowłosy chłopak wyszedł na środek.
– Jak na razie
nie został uznany, więc na chwilę obecną znajdzie się w domku Hermesa – dodał
pan D. Heros nieśmiało przeszedł się do swojego stolika.
Gdy mnie mijał,
poczułam wysuwający się sztylet. Miałam dziwne wrażenie, że nic dobrego nie
wyniknie z jego przybycia tutaj. Bynajmniej nic dobrego dla mnie.
– Ogłoszenie
numer dwa – kontynuował bóg wina. – Dobrze wiecie, co jest moją boską domeną.
Dziś Obóz postanowiła odwiedzić moja żona. Mimo że wokół szaleje wojna,
dzisiejszy wieczór ma przepłynąć pod znakiem dobrej zabawy. Macie się ubrać na…
- Dionizos się zaciął. Chwilę się zastanawiał, nie mogąc sobie przypomnieć słowa.
– Macie wyglądać, jakbyście byli na balu na Olimpie, jasne?
Wszyscy
kiwnęliśmy głowami i mruknęliśmy pod nosem, że rozumiemy.
Westchnęłam
bezradnie. Nie lubiłam bali. Wszystkie te sukienki były takie słodkie. Okay,
może trochę przesadziłam. Ale zdecydowana większość kreacji potwierdzała moją
opinię.
Dzisiaj nie
byłam za specjalnie głodna, więc prawie cały talerz oddałam Artemidzie z jedną
prośbą – żeby przysłała mi kogoś do pomocy.
Kiedy weszłam do
domku, myślałam, że zejdę na zawał. Po całej kabinie kręciła się moja mama… to
znaczy Afrodyta.
– Och, jak miło
cię znów widzieć – powitała mnie, słodko się uśmiechając. – Zapewne wiesz, kto
mnie przysłał, prawda? O cel się nie pytam, bo Ariadna cały tydzień latała
uradowana po Olimpie. Tylko z początku to było fajne.
– A nie powinnaś
pomagać swoim córeczkom w doborze strojów i tak dalej? – zapytałam.
– Nie, same
sobie poradzą – odparła bogini. – A w dodatku ich jest tam tak dużo, że tylko
narobiłabym niepotrzebnego tłoku. No, dobrze, najpierw usiądź – wyczarowała obrotowy
fotel.
Gdy usiadłam,
Afrodyta zaczęła mi się przyglądać.
– Błękitne oczy
– mruczała sobie. – Jasnobrązowe włosy. Chyba już mam sukienkę dla ciebie.
Na mnie pojawiła
się śnieżnobiała sukienka. Gdy w lustrze stojącym parę metrów ode mnie
zobaczyłam siebie, od razu skojarzyłam swój wygląd ze słodką, przelukrowaną
dziewczynką, którą nigdy nie chciałabym być.
– Nie przesadzaj
– powiedziała bogini, patrząc na moją twarz. – Czyli prawdą było, że trudno cię
zadowolić – westchnęła i machnęła ręką. Kreacja zniknęła. – Jesteś wilkiem,
tak?
– Że co? –
zapytałam. Nie miałam pojęcia, o co jej chodzi.
– Hekate mówiła,
że umiesz się przemieniać w wilka – wyjaśniła. – Jakiego koloru masz wtedy
futro?
– A skąd ja mam
to niby wiedzieć? – odpowiedziałam pytaniem. Już tak dawno zmieniłam się w to
zwierzę, że już zapomniałam o tej zdolności. Wielokrotnie pod taką formą
uciekałam z pola walki, gdy wiedziałam, że jestem bezsilna wobec przeciwnika.
– To może coś
ciemnego, w kolorze nocy? – zaproponowała patronka piękna. – Lubisz czekoladę?
– Tak, ale nie
tak bardzo jak Liz – odparłam, wywołując atak śmiechu u Afrodyty. Sama też
zaczęłam się śmiać, przypominając sobie oczy wspomnianej dziewczyny na widok
czekolady. Gdyby miała zostać boginią, to znałam już jej domenę.
– Zamknij oczy –
rzekła nieśmiertelna. – I nawet nie waż się podglądać.
Poczułam
przyjemne mrowienie na całym ciele. Parokrotnie chciałam otworzyć oczy, by wiedzieć,
co się dzieje.
– No, dobrze,
już! – w piskliwym głosie patronki piękna słychać było zachwyt i wielką radość.
– Otwórz oczy.
Gdy spełniłam
polecenie Afrodyty, myślałam, że padnę z wrażenia. Po pierwszym szoku wstałam z
krzesła.
– Siadaj –
rozkazała bogini, magią zakrywając lustro. – I zaśnij.
– Nie próbuj na
mnie magii – zwróciłam jej uwagę. – Czaromowa na mnie nie działa.
– To co na
ciebie działa? – zapytała.
– Nie wiem –
odpowiedziałam. – Chyba tylko bardzo potężne czary.
Nieśmiertelna
westchnęła i zabrała się za moje włosy. Ani razu nie poczułam jej palców,
jedynie od czasu do czasu mocniej szarpnęła.
– Co się dzieje
na Olimpie? – zaczęłam rozmowę.
– Nic nowego –
odparła. – Kto jeszcze został „normalny”, nie przebywa u nas. Dionizos wolał
się powłóczyć trochę po Stanach, niż tam zostać. Teraz jeszcze chce, by Ariadna
tu przyjechała i nie wróciła. Nie sądzę, by się zgodziła. Dioni jest dla niej
ważny, ale nie zostawi tam Liz sam na sam z Ateną. A Hefajstos…
– Czekaj, że co?
– przerwałam jej. – Znów uwięziliście Liz na Olimpie? Już do końca
oszaleliście?
– Musieliśmy to
zrobić – odpowiedziała Afrodyta, znów mnie szarpiąc. – Gdyby została z ojcem,
pierwsze, co Gaja by zrobiła, to porwała i wykorzystała jej krew, aby nas
pokonać. Ale nie bój się. Może i trochę się sprzeciwia, ale nigdy się nie oprze
fontannie z czekoladą, zaprojektowanej przez Annabeth.
Oddychałam
głęboko. Zachowanie Olimpijczyków już nie raz mnie irytowało, ale teraz już
przesadzili. Zamiast dać Liz szansę do powstrzymania tego całego piekła, jakie
panowało poza granicą Obozu, postanowili znów ją uwięzić i traktować jak
Roszpunkę. Tak samo jak rok temu, gdy powstał Kronos.
– Ceira, nie
możesz być na nas zła – powiedziała bogini. –
Liz wiedziała, że tak się stanie. Woli przebywać na Olimpie. Szczególnie
teraz, gdy… Gdy była zmuszona zabić swoich przyjaciół.
W tamtym
momencie skończyła mi robić fryzurę i przeszła do makijażu.
– Muszę go mieć?
– spytałam, robiąc „słodkie oczka”.
– Tak – odrzekła
konkretnie kobieta. – Wykapana z ciebie Adrianne. Ona też nienawidziła się
malować. Jesteś do niej taka podobna. No, dobrze, a teraz zamknij oczy.
Spełniłam jej
żądanie. Przez jakieś dziesięć minut tylko zamykałam i otwierałam oczy ze sto
razy. Ostatecznie kazała mi je zamknąć. Po pięciu minutach ciszy zaczęłam się
obawiać, że Afrodyta zostawiła mnie samą, nie uprzedzając o wyjściu. Nagle
rozległ się jej głos:
– Skończone.
Otwórz oczy.
Teraz to mi
opadła szczęka. W zwierciadle widziałam dziewczynę, którą na pewno nie byłam
ja, ale która robiła wszystko to, co ja.
Stałam ubrana w
sukienkę do ziemi w barwie gorzkiej czekolady z czarnymi rękawami, wpatrując
się z niedowierzaniem w szklaną taflę. Pasma włosów ze skroni bogini zaplotła w
warkoczyki i wzięła do tyłu. Powieki pokrywały białe i popielato-brązowe
cienie.
Gdy Afrodyta
stanęła obok mnie, zobaczyłam, że miała rację – naprawdę byłam podobna do mamy,
miałam jedynie ciemniejsze włosy.
Nie mogłam nic
powiedzieć. Aby podziękować bogini, tylko ją przytuliłam. Czułam, że oczy robią
mi się mokre.
– Tylko się mi
tu nie rozpłacz – powiedziała patronka piękna. – Bynajmniej przez dziesięć
minut. Potem możesz płakać, ile chcesz.
Próbowałam się
trzymać, ale z trudem udawało mi się powstrzymywać łzy. Bogowie, jak ja się zmieniłam od września, pomyślałam ze zdziwieniem.
Właśnie rok temu, we wrześniu, zostawiłam list pożegnalny, adresowany do Chrisa
i Mae, i uciekłam z domu.
Rozległo się
pukanie do drzwi.
– Ceira, jesteś
tam? – usłyszałam głos Rachel. Wtedy się zorientowałam, że Afrodyta znikła,
zostawiając mnie samą.
– Tak, jestem –
odparłam. Rudowłosa weszła cicho przez drzwi.
– Wow –
zareagowała na mój wygląd. – Skąd to wytrzasnęłaś?
– Miałam małą
pomoc – odpowiedziałam.
Kogo? Zapytała Ángeles, pojawiając się na parapecie. Bo na pewno nie mnie.
– Drew chyba się
zabije, gdy cię zobaczy – stwierdziła Wyrocznia. – W jej twierdzeniu nikt nie
może wyglądać lepiej od niej.
Rozległy się
fanfary.
– Chodź, szybko
– rzuciła Rachel. – Ariadna już przybyła.
Chciałam pobiec
za nią, ale po kilku krokach zorientowałam się, że mam na nogach niebotyczne
szpilki.
– Serio,
Afrodyta? – spytałam. Wysokie buty szybko zamieniły się w płaskie, ciemne
baleriny.
Na plaży był już
prawie cały Obóz. Dumny Dionizos prowadził za rękę śliczną, młodą kobietę o
rudozłotych lokach i wesołych, zielonych oczach.
Nigdy wcześniej
nie widziałam Ariadny, ale teraz rozumiałam, dlaczego bóg kazał Tezeuszowi
zostawić ją na bezludnej wyspie. Nie zdziwiłabym się, gdyby we swoich czasach
uchodziłaby ona za największą piękność.
– Grupowi,
wystąpić i oddać hołd – rozkazał Chejron.
– Idź – szepnęła
do mnie Rachel.
– Ja nie jestem
grupową – odparłam. – Ten tytuł należy się tylko Porucznik Łowczyń.
– Obecnie jesteś
jej zastępczynią – odpowiedziała rudowłosa. – Tak samo, jak Malcolm zastępuje
Annabeth.
Chcąc, nie
chcąc, wyszłam na środek, razem z innymi wywołanymi osobami i wspólnie
przyklękliśmy.
– Kochanie, może
byś ich mnie przedstawił – zaproponowała Ariadna. Pan D. spojrzał się na nas
groźnie, ale się zgodził.
– Tak więc –
zaczął. – Jedyny rezydent kabiny Zeusa, tak samo jak jedyny syn Posejdona, jest
obecnie na misji. Kabinie czwartej, poświęconej Demeter, przewodniczy Katie
Gardner – przed szereg wyszła heroska o ciemnych, prostych włosach i w białej,
długiej sukience i ukłoniła się, po czym wróciła. – Następnie…
– Sama
Pogromczyni Drakona – przerwała mu żona. – Clarisse la Rue. Ojciec jest z
ciebie bardzo dumny. Ach, i syn Ateny – spojrzała na Malcolma. – Czy możesz mi
przypomnieć swoje imię?
– Malcolm Singh
– odparł blondyn.
– Apolla
reprezentuje jego syn, Will Solace – kontynuował Dionizos. Ariadna uśmiechnęła
się do wysokiego chłopaka o złotych włosach. – Obecnie mamy tu też wnuczkę
Nyks, ale uznaną przez Artemidę.
– Łowczynię
Nocy, tak? – zapytała księżniczka Krety, lustrując mnie wzrokiem. W jej oczach
zobaczyłam błyskawice.
– Niet, niet, niet – odezwała się jakaś
dziewczyna za jej pleców, z doskonałym rosyjskim akcentem, i położyła jej rękę
na ramieniu. Ariadna, już uspokojona, spojrzała się na czarnoskórego chłopaka,
stojącego obok mnie w bandażach prawie na całym ciele.
– Jake Mason,
syn Hefajstosa – przedstawił go bóg wina. – Jeszcze się kuruje po tym cholernym
smoku Valdeza… Drew Tanaka, córka Afrodyty – przed jego żoną wystąpiła wysoka
dziewczyna o azjatyckich rysach, ubrana w słodką, różową sukienkę. – Chrisa
Rodrigueza i Polluksa już znasz, kochanie.
– Jakże mogłabym
ich nie znać – odparła kobieta z uśmiechem. – Szczególnie twojego bękarta.
– Minosowna – niewidoczna dziewczyna z nią
odezwała się groźnie.
– U Hadesa
nikogo nie ma – ciągnął dalej pan D. – Irydę reprezentuje Butch. Od Hypnosa
jest… – urwał, orientując się, że nie przybyło ani jedno dziecko wspomnianego
boga.
– Pewnie znów
posnęli – zażartowała księżniczka Krety.
– Największa
klątwa ludzkości i bogów – mruknął głośno bóg, po czym kontynuował: - Grupową
domku Nemezis jest Maggie Serdown – średniego wzrostu heroska o długich,
prostych włosach w kolorze granatowej czerni z niechęcią się ukłoniła. – Obok
stoi syn Nike, Nicodème Lefevre. Następnie Alice Ring, grupowa Hebe. A
na samym końcu „szczęśliwy” Blase Husting i córka Hekate, Lou Ellen. Jakieś
pytania?
– Chyba już żadnych – odparła mu żona. – Może zacznijmy zabawę?
– Tak, to jest dobry pomysł – twarz Dionizosa rozpromieniła się na samą
myśl o tym.
Na jego znak wybrane dzieci Apolla zaczęły grać na swoich instrumentach.
Spokojnie usunęłam się w cień. To, że dobrze wyglądałam, nie oznaczało, że
mam się bawić. Zresztą, nigdy nie ciągnęło mnie do zabawy.
Nagle stanęła obok mnie Ariadna.
– Możemy porozmawiać na osobności? – zapytała, obserwując swojego męża,
tańczącego z łudząco podobną do niej dziewczyną.
– Oczywiście – odparłam w imię zasady, że bogom się nie odmawia.
Córka Minosa zaczęła iść w kierunku Wielkiego Domu.
– Dlaczego się tu zjawiłaś, Ceiro? – spytała. – Jeśli pamięć mnie nie myli,
dobrze się czułaś w domu Chrisa i Mae.
– Musiałam ich opuścić – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Dostałam
rozkaz, a w dodatku potwory zaczęły mnie wyczuwać.
Szłyśmy przez
ciemność w milczeniu.
– Opuść Obóz i
zamieszkaj na Olimpie – zaproponowała nagle kobieta. – Tak będzie lepiej dla
wszystkich. Gaja nie będzie mogła cię upolować, a Liz porozmawia z kimś w swoim
wieku.
– Nie mogę,
Ariadno – odmówiłam. – Bariera ochronna robi się coraz słabsza. Wczoraj Obóz
napadły widzialne jedynie w termowizji potwory. W dodatku babcia powiedziała…
– Co powiedziała
Nyks? – dopytywała się żona Dionizosa.
– Że Obóz jest w
niebezpieczeństwie – odrzekłam. – I że moim zadaniem jest go uratować.
Bogini
westchnęła.
– Powiem ci
tylko tyle, że dzieli cię tylko mały krok od tego – zaczęła – aby zaczęli cię
uważać za zdrajczynię. I to nie jeden człowiek, ale wszyscy. Małe kłamstwo może
spowodować, że doprowadzisz do tego szybciej, niż powinnaś.
– Tylko mi nie
mów, żebym nie ukrywała tego, kim byłam – ostrzegłam. – Tamta Ceira Nightshade,
która posługiwała się nazwiskiem Goldstein dla bezpieczeństwa, znikła w
momencie mojej ucieczki. Jestem już zupełnie inną dziewczyną.
– Niedługo
nadejdzie czas, w którym będziesz musiała wybrać – powiedziała księżniczka
Krety. – Tak jak Jason.
– Między czym on
ma wybierać? – zdziwiłam się.
– Między
kulturami – odparła Ariadna. – Nie wiem, jaki wybór czeka ciebie. Nikt ci tego
nie powie, nawet Apollo i Mojry.
Nieśmiertelna
przystanęła nad nieruchomą taflą jeziora.
– Ślicznie dziś
wyglądasz – przerwała ciszę. – Teraz wyglądasz niemal jak Adrianne. Ale
charakter „odziedziczyłaś” po Zoe. Taka sama z ciebie Panna Idealna.
Uśmiechnęłam się
lekko, przypominając sobie moją przybraną matkę, Mae. Ona się śmiała, że jestem
aż zbyt idealna.
Ale uśmiech
szybko zszedł mi z twarzy na myśl, że Zoe już nie ma wśród żywych. Po śmierci
dziadka od strony mamy, ona była moją jedyną, prawdziwą rodziną. Okay, Goldsteinowie traktowali mnie jak rodzoną
córkę, ale to nie było to samo.
– Cóż, ja już
muszę wracać – westchnęła córka Minosa. – A ty pomyśl nad tą propozycją
przeprowadzki na Olimp. Pomyśl nad nią, póki jest aktualna.
Odeszła,
zostawiając mnie samą.
Malcolm
Na plaży panował
zbyt duży hałas jak dla mnie.
Z tego powodu
jak najszybciej uciekłem na pobliski klif. Mimo że to oba obiekty dzieliła mała
odległość, było tu znacznie ciszej.
Przypadkowo
wpadłem tam na Ceirę. Po wyrazie jej twarzy zrozumiałem, że nie spodziewała się
tego.
– Cześć –
powiedziała cicho.
– Cześć –
odparłem. – Przepraszam cię za rano. Wygłupiłem się.
– Nic się nie
stało – odpowiedziała z uśmiechem. Lubiłem, gdy się uśmiechała. Tak ślicznie
wtedy wyglądała. Teraz mogłaby spokojnie startować w konkursie piękności
przeciwko Afrodycie.
Usłyszałem z
dołu spokojną balladę.
– Zatańczysz? –
zapytałem.
– Jestem
beznadziejną tancerką – wymówiła się.
– I beznadziejną
kłamczuchą – dodałem. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale nie padło ani
jedno słowo sprzeciwu, gdy objąłem ją w talii i zaczęliśmy tańczyć. W połowie
piosenki źle stanąłem i oboje runęliśmy na ziemię.
– To moja wina –
przyznałem się od razu. Myślałem, że będzie zła, ale pomyliłem się – dziewczyna
wybuchła śmiechem, którym szybko mnie zaraziła.
Ceira usiadła na
trawie.
– Nie lubię
zabaw – rzuciła nagle. – Zawsze ich unikałam, gdy tylko mogłam.
– Skąd ja to znam
– uśmiechnąłem się. – Mam tak samo.
Na plaży znów
puszczono rytmiczne, nowoczesne kawałki.
– Nikt cię tu
nie zna – zacząłem. – Wiemy o tobie tak mało, że mniej wiemy chyba tylko o tym
nowym.
– I pewnie
chcesz, żebym powiedziała ci coś o sobie, tak? – spytała.
– Tak –
odrzekłem. – Jeśli chcesz, zatrzymam to wszystko w tajemnicy. Mi możesz zaufać
– złapałem ją za rękę. Szybko ją cofnęła.
– Co chcesz
wiedzieć? – zapytała rzeczowo, ale w jej głosie wyczułem zdenerwowanie.
– Najlepiej
wszystko – odparłem. – Uspokój się. Tu ci nic nie grozi.
– Nie mogę ci
powiedzieć wszystkiego – odpowiedziała. – Nieważne, jakbym tego chciała. Może
będę mogła, gdy Gaja zostanie pokonana.
– Kiedyś mi
powiedziałaś, że znasz Jasona Grace’a -
powiedziałem. – Możesz mi powiedzieć, o co dokładnie ci chodziło?
– Walczyłam z
nim – opowiadała. – Przeciwko empuzom i mantykorom. To była trudna walka. Była
z nami jeszcze Reyna i Jenna. Prawie ciągle ratowaliśmy sobie nawzajem życie.
Mimo to jedna z empuz zabiła Jennę. Ja obwiniałam siebie za to, że za późno
wystrzeliłam strzałę, Jason siebie za to, że nie pomógł jej w walce. Dopiero
Reyna nam wytłumaczyła, że to nie my jesteśmy winni śmierci Jenny.
Przyznam, że
spodziewałem się czegoś bardziej pozytywnego.
– Coś jeszcze
chcesz wiedzieć? – spytała.
– A o czym
możesz mi jeszcze powiedzieć? – zapytałem.
– Mało –
odrzekła. – Mniej niż nawet myślisz.
– Kto nosi
nazwisko Goldstein? – przyszło mi do głowy to pytanie. Przypomniałem sobie, że
wczoraj użył go pan D.
– Moi przybrani
rodzice – odparła. – Chris i Mae. Byli obecni przez prawie całe moje życie. Tak
samo, jak ich dzieci, Chloe i Tom.
– A co z nimi
się stało? – dopytywałem.
– Chloe nie żyje
– powiedziała Ceira. Po jej policzku poleciała łza. – Umarła, gdy miałam
dziesięć lat. Tom praktycznie jej nie pamięta, był wtedy dopiero dwulatkiem.
Mam nadzieję, że Gaja się już nimi nie interesuje, gdy już uciekłam od nich.
Zamilkła. Cała
drżała.
– Okay, teraz
ostatnie pytanie – rzekłem. – Dlaczego nazywają cię Łowczynią Nocy?
Dziewczyna
uśmiechnęła się przez łzy.
– Czyli już
wiecie – stwierdziła. – Tu nie ma żadnej tajemnicy. Pierwszy raz nazwały mnie
tak Łowczynie Artemidy, tuż po tym, jak bogini odmówiła przyjęcia mnie do ich
szeregów. I jakoś tak została ta nazwa wśród bogów i herosów. A potwory… Cóż, raz
polowałam z Łowczyniami, w nocy. One potrzebowały światła, więc każdy je
widział. Ja natomiast szłam w ciemnościach. Dzięki babci mogę widzieć w
termowizji. Wszystkie myślimy, że to od tego nadano mi ten tytuł.
Żadnej
tajemniczej, mrocznej historii na ten temat. Poczułem się rozczarowany. Ale od
razu zapaliła mi się w głowie lampka – dlaczego ta opowieść miałaby być żywcem
wyjęta z filmów grozy?
Ciemne niebo
rozbłysło ferią barw. Tak, dzieciaki Hefajstosa miały talent do takich rzeczy.
Kiedy pojawił się wielki, kolorowy smok, wiedziałem, że to robota Valdeza; że
to jego hołd dla jego zniszczonego smoka, po którym zachowała się tylko głowa.
Wnuczka Nyks
patrzyła na fajerwerki ze zachwytem w oczach.
* * *
Kruczowłosa
kobieta stała dumnie przed ziemistą twarzą.
– Uda się mu –
zapewniła brunetka. – Ona szybko mu zaufa, a wtedy ją zabije.
– Jesteś bardzo
pewna tego, że mu się uda – powiedziała twarz niskim i kobiecym, ale przyjemnym
głosem. – Ale masz plan awaryjny.
– Nie – odparła
kobieta. – Najważniejsze, by doprowadził ją tutaj. Jeśli on nie zdoła jej
zabić, ja to zrobię.
– Gratuluję tej
determinacji w słusznej sprawie – rzekła Gaja. – Ale nie myśl tak dużo o nim i
nie bądź z niego taka dumna. Oczy ci wtedy zmieniają kolor na lodowaty
niebieski. Tak samo się dzieje, gdy z nim rozmawiasz.
Nastała cisza.
– A jeśli mu
jednak nie zaufa? – zapytała twarz. – Co wtedy zrobisz? Poświęcisz własną córkę
w tej sprawie?
Brunetka
zawahała się na moment.
– Tak –
odpowiedziała ze zamkniętymi powiekami. – Jeśli trzeba będzie, poświęcę Anaïs.
– Mam taką nadzieję – odparła
Gaja. – Mam nadzieję, że nie przegramy, bo twoje dzieci zawiodą. I dla swojego dobra,
lepiej do tego nie dopuść. Inaczej Zeus może zastąpić cię swoją potomkinią, jasne?
Kruczowłosa pokiwała głową na znak,
że zrozumiała.
1W Argentynie czas jest przesunięty o jedną godzinę do przodu w porównaniu
z czasem letnim na wschodzie Stanów Zjednoczonych.
_________________________________
I jak się Wam podoba?
Okay, początkowo to miało trochę inaczej wyglądać. Ale za każdym razem, gdy wyobrażałam sobie rozmowę Malcolma i Ceiry, zawsze wyglądała ona inaczej.
Wiem, że moje wyobrażenie Ariadny trochę odbiega od opisu Riordana, ale to bogini i (bynajmniej wg mnie) może zmieniać swój wygląd.
Pozdrawiam i do następnego rozdziału.
Przypadł mi pierwszy komentarz :3
OdpowiedzUsuńWięc tak: Ceira + Malcolm <3 Oni muszą być razem! :**
Swietny rozdział, czekam na następny <3
Całuję,
Diana
Dziękuję za komentarz
UsuńOkay, przyznaję - Malcolm jest "lekko" zakochany w Ceirze, ale ona w nim - niezbyt. Idąc takim tokiem rozumowania (nie ma to, jak być autorką i wszystko wiedzieć), Ceira i Malcolm wcale nie muszą być razem. Wszystko zależy ode mnie (i tutaj wyobraź sobie śmiech zła)
Kolejny rozdział - jak na razie mam tylko szkic, ale żadnego pomysłu (szkoło, odejdź!) na pisanie. Ale rano może coś przyjdzie do głowy.
Pozdrawiam
Świetny rozdział :*
OdpowiedzUsuńPo prostu genialne i cudowne!
Czekam na kolejny rozdział <3
Oby wena cię nie opuściła :* <333333333
#córka zwycięstwa
No co ja mogę Ci napisać? Jak zwykle świetnie. Moje komentarze robią się już nudne.
OdpowiedzUsuńAch, ta romantyczna scena z Ceirą i Malcolmem... Świetnie opisane. Coś myślę, że będzie z nich para. Tylko Ceira zaczyna mnie trochę denerwować. Nie wiem... Jest taka perfekcyjna, jak Ty to ujęłaś- "Pani idealna". Jednak wolę, gdy bohaterowie są bardziej realni. Czekam z niecierpliwością, aż pojawi się jakaś skaza na charakterze Łowczyni.
A kimże jest Liz?! Wiem na razie o niej tylko to, że lubi czekoladę i jest na Olimpie... Mam nadzieję, ze dowiem się więcej.
Ciekawe, czyim dzieckiem jest ten nowy heros. Zaintrygował mnie. I te jego słowa, kompletnie bez sensu... Tylko wydaje mi się to trochę dziwne, że dziewczyny, zamiast zaniepokoić się, że oszalał, zaczęły się śmiać...
Wprowadzasz nowe wątki, mieszasz w umysłach czytelników, robisz fałszywe tropy, zmylasz nas, intrygujesz, dodajesz kolejne tajemnice... Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Ach, tą łasicą mnie rozwaliłaś! Udaje zegar... Dobre! Od razu na moją twarz wpełzł uśmiech.
Co jeszcze mogę napisać?... Ach, wiem. Jeszcze jedna uwaga. Skoro Afrodyta jest boginią miłości, to chyba może użyć magii do zrobienia fryzury i makijażu Ceirze, prawda?
Kim była ta kobieta towarzysząca Ariadnie? Ta, co mówiła z rosyjskim akcentem (to też był fajny, zabawny element). Nie wyjaśniłaś tego...
Moim ulubionym bohaterem jest zdecydowanie Malcolm. Nie jest perfekcyjny, ale ma wiele zalet. W dodatku jego styl opowiadania podoba mi się najbardziej. Mam nadzieję, że często będzie występował.
No nic, to chyba tyle. Czekam z niecierpliwością na następny rozdział!
Pozdrawiam,
Pola
Dziękuję za tak długi komentarz. W porównaniu z nim moje są ledwo jednym słowem. I wcale nie są nudne - po prostu wszystko analizujesz.
UsuńOczywiście, że Afrodyta mogła użyć magii, ale jak najdłużej chciała być poza Olimpem. Plus chciała spróbować cokolwiek zrobić bez użycia magii.
Co do Jeleny (tak się nazywa ta dziewczyna towarzysząca Ariadnie) - więcej o niej będzie w kolejnym rozdziale.
Dziewczyny się zaśmiały, ponieważ myślały, że heros po raz pierwszy dowiaduje się o istnieniu świata mitologicznego, wiec dlatego się zachowuje jak szalony.
Liz pojawi się dopiero później, po tym jak Ann i Malcolm zwrócą się do niej o pomoc. A, i Liz nie lubi czekolady. Ona ją ubóstwia.
Dziękuję jeszcze raz za komentarz.
Pozdrawiam
OK, teraz wszystko rozumiem. Dziękuję, że odpowiedziałaś na moje pytania;)
UsuńPozdrawiam ciepło i życzę weny,
Pola
KA BUM i oto jestem xD
OdpowiedzUsuńPrzepraszam, że tak długo zwlekałam z tym komentarzem, ale za każdym razem gdy do niego podchodziła nie wychodził mi tak jak chciałam :p Może dlatego, że ten rozdział jest mega wspaniały *.* A ja taka niezdarna, że nie umiem nawet tego w komentarzu opisać ... Tak czy siak co do Ceiry to bardzo ją polubiłam :) Czytając twoje opowiadanie można bardzo dobrze poznać jej charakter ;] ( nie wiem czemuż to, ale przypomina mi ona Artemis z Ligi Młodych ;-; Może nie z wyglądu, ale z charakteru )
No i Malcolm :3 Widać, że podoba mu się Ceira, ale bez wzajemności... to takie smutne :c Zawsze jest mi szkoda tych co kochają, ale nie są kochani :<
~Trzymaj się Malcolm ! Jakoś to będzie <3~
Zastanawia mnie ten ostatni akapit, sprawia, że mój mózg pracuje na wysokich obrotach i zaczyna wymyślać nieskończone historie o co to w nim chodzi ...myślenie boli ;-;... Tego tu nie było xD Ja jestem naprawdę bardzo inteligentna ( Taa jasne-powiedział cichy wredny głosik w mojej głowie)
Dobra kończę bo zaczynam wariować xD
Życzę duuuuuuuuuuuuuużo weny, siły i chęci do pisania i już z niecierpliwością czekam na następny rozdział ^^
PS: Ja chcem więcej akcji z tym nowo przybyłym herosem... on mnie intryguję ;] Jestem ciekawa jak rozwinie się jego historia :>
PPS: Już kocham Liz :D Haha wiem, ze moja miłość powstała bardzo szybko, ale to ze względu na czekoladę :D Ja też ją ubóstwiam *.* Mogłabym pływać w rzece czekolady :3
UsuńPPS: A łasiczka jest po prostu mega ^^ I to udawanie zegara haha :D Umiesz rozbawić
UsuńPPPS: I tak to właśnie wygląda ja się jest mną i się co chwila przypomina, że mogło się jeszcze coś napisać -.-
UsuńxD
Mam jutro jeszcze zajęcia pozalekcyjne, i to bardzo ważnie, ale musiałam Ci odpisać.
UsuńTwój komentarz mnie rozwalił śmiechem. Po prostu ledwo powstrzymuję się od śmiechu.
Jak to można dobrze poznać charakter Ceiry? Bardzo duży wpływ na to miała jej przeszłość, której w większej części jeszcze nie ukazałam (np. dlaczego chciała wstąpić do łowczyń - wiem, że pisze się z dużej litery, alemoja klawiatura z bluetoothem tego nie chce zrozumieć XD).
Malcolm i tak ma duży plus u Ceiry - jako jedyny w Obozie wie o niej coś więcej (prócz pana D., który wie o niej prawie wszystko). I tak będzie przez dłuższy czas, ponieważ nikomu innemu nie zaufała (co może się równać, że spokojnie można nazwać ich przyjaciółmi - bynajmniej wg Ceiry).
Ligi Młodych nie oglądałam, więc nie wiem, czy Ceira jest do podobna do tej Artemis, czy nie.
Ostatni fragment jest powiązany z prologiem. Aby zrozumieć oba te fragmenty, trzeba nieźle się natrudzić, ponieważ celowo wszystko jest tak napisane. Ciekawe, czy ktokolwiek wpadnie, kim jest ta brunetka.
Chcesz więcej o Leónie? Proszę bardzo. Nowy heros nieźle namiesza w Obozie, zanim - (nie)stety - umrze.
Ja też lubię Liz, choć postać dopiero jest w projekcie. I również chciałabym fontannę z czekolady, jak ona.
Ten żart z zegarem i Angeles był dosyć spontaniczny. Przy niej muszę przyznać, że (spoiler!) nie przypomina chyba siebie z serii.
Już sama nie wiem, co Ci napisać. Z rozdziałem piątym pójdzie ciężko ze względu na brak czasu (szkoła+ileś tam konkursów), ale ogólnie mam na niego pomysł.
Pozdrawiam
PS:Wiem, że spoilerując, odbieram radość z czytania, ale fakt o pojawieniu się Angeles w serii jest "tajemnicą" mniejszego kalibru.
PS2: Czy tylko ja mam wrażenie, że umiem pisać mega długie odpowiedzi na nawet krótkie komentarze? Akurat Twój jest nawet spory, ale mówię ogólnie
Twoje opowiadanie jest hmm... dosyć niezwykłe.
OdpowiedzUsuńDialogi ciekawe, historia wciąga... Gratuluję! Miałaś świetny pomysł z tą wnuczką Nyks, bardzo mi się spodobał. Nie ma w Twoich rozdziałach takiej sztuczności, którą często widzę na innych blogach i za to należą Ci się ogromne brawa. Wiesz co robisz, bohaterzy są barwni, ciekawi... Urzekło mnie to. Zauważyłam tylko kilka błędów, prawdziwe drobiażdżki: np. powtórzenie jakiegoś wyrazu w następnym zdaniu, czy coś takiego. Ale przecież nikt nie jest idealny!
Właśnie, a propos idealności... Tutaj zaczyna wkurzać mnie główna bohaterka. Nie lubię takich postaci, zbyt idealnych. Ale może właśnie na tym polega jej wada?
Tutaj moja opinia zaczyna pokrywać się z komentarzem Poli, ale bardzo dobrze ją znam, więc...
Od razu polubiłam Malcolma. Jest fajną postacią, mam nadzieję, że będzie pojawiać się jako narrator dużo częściej.
Rozdziały wyraźnie się poprawiają, oby tak dalej!
Pozdrawiam, życzę mnóstwa weny i czasu wolnego (głupia szkoła!)
Kaja z Polskich Herosów
Dziękuję bardzo za ten miły komentarz
UsuńStaram się sprawdzać rozdziały, ale przy długich (tak jak ten) czasem mi się nie udaje wyłapać drobnych błędów. Najwięcej problemów mam z tymi ogonkami, bo czasem nie wiem, czy one są, czy nie.
Jak na razie Ceira walczyła broniami, w których ważna jest celność. Z mieczem nie idzie jej aż tak dobrze, więc dla mnie to jest jej wada. Plus coś tam spróbuję do niej dodać złego.
Ogólnie się potem okaże, że jej "idealność" to jednak zła cecha.
Jesteś kolejną osobą lubiącą Malcolma. Bardzo mnie cieszy, że czytelnicy lubią nie tylko Ceirę, ale też i jego.
Dziękuję jeszcze raz i pozdrawiam
PS. Sorki, że mój komentarz jest lekko chaotyczny. Mam nadzieję, że go zrozumiesz. ;D
OdpowiedzUsuńKaja
I kolejny rozdział za mną. Bardzo spodobał mi się ten pomysł z balem, wyobraziłam sobie Ceirę, która musiała wyglądać naprawdę zjawiskowo *.* Ta dziewczyna musi być z Malcolmem! Nie ma innej możliwości hihi
OdpowiedzUsuńZ jednej strony uwielbiam, a z drugiej nienawidzę takich zakończeń, jakie zastosowałaś w tym rozdziale - pozostawiło ono pewien niedosyt czytelniczy w mojej głowie, ale jest też takie intrygujące...
Dobrze, że mam jeszcze jeden rozdział do przeczytania, bo chyba bym nie wytrzymała oczekiwania na kolejny.