czwartek, 30 stycznia 2014

Rozdział IV - Noc świateł



Ceira

Ángeles patrzyła się na mnie swoimi słodkimi, ciemnymi oczami.
– Proszę – powiedziałam do niej po raz kolejny. – Powiedz mi, o co chodzi z tą wiadomością z Tartaru. Kto ma ją przysłać? Babcia czy ktoś inny?
Łasiczka pokręciła głową, dając mi do zrozumienia, że nie wie.
Już od prawie godziny próbowałam ją zmusić do tego, żeby cokolwiek mi zdradziła. Mówiła – o tym wiedziałam od wczorajszej nocy, gdy ona i Peleus zaczęli trajkotać mi, co powinnam zrobić.
Tym razem jednak milczała. Miałam dosyć tej nieustannej ciszy, przerywanej przez mój głos.
Położyłam się na łóżku. Wokół mnie panowała ciemność. Było już późno. Zamknęłam oczy.

Przez Tartar kroczyły dwie samotne postacie. Dziewczyna o blond włosach ledwo szła.
– Annabeth, dasz radę – mówił do niej podpierający ją chłopak, zwracając na nią swoje morskie oczy. – Wierzę w ciebie.
Powoli przemierzali martwe pustkowia.

Otworzyłam oczy i spojrzałam się podejrzliwie na Ángeles. Ta spokojnie spała na parapecie i wcześniej przygotowanym przeze mnie kocyku.
Annabeth Chase i Percy Jackson byli w Tartarze. Ale jak oni się tam dostali? Jak długo tam już byli?
Jedno wiedziałam – któreś z nich przyśle wiadomość, o której mówiła Afrodyta. Ale kiedy o gdzie?
Zanim położyłam się ponownie spać, postanowiłam, że następnego dnia powiem o tym Rachel.

Coś obudziło mnie, podskakując ciągle po moim brzuchu.
– Jeszcze minutkę – mruknęłam.
Ja ci dam minutkę, powiedziała Ángeles. Jest już w pół do ósmej.
Zerwałam się z łóżka i szybko ubrałam. Nałożyłam nowy bandaż  na przedramię, po czym wybiegłam z kabiny w stronę pawilonu jadalnego.
Ku mojemu zdziwieniu ten był dziwnie pusty.
– Ángeles! – syknęłam cicho. Łasiczka pojawiła się na pobliskim drzewie. – Dlaczego mnie okłamałaś?
Nie okłamałam, odparł gryzoń. W Argentynie1 jest teraz za dwadzieścia ósma.
Jeszcze jeden powód, dla którego nie powinno się mieć znającego strefy czasowe zwierzaka.
Powróciłam do domku. Nie było sensu znów się kłaść spać, więc zawczasu wysprzątałam wszystko. Już po paru minutach nie miałam nic do roboty, bo nie robiłam zbytniego bałaganu.
Wzięłam łuk i poszłam do lasu postrzelać. Jedną z rzeczy, którą Zoe jeszcze zdążyła mnie nauczyć, było ciągłe ćwiczenie. Bez ćwiczeń utracisz mistrzostwo, powtarzała mi za każdym razem, gdy się spotykałyśmy.
– Też nie możesz spać, co? – zapytał ktoś idący obok mnie. Nie musiałam nawet patrzeć, by rozpoznać głos Malcolma.
– Mogę – odparłam. – Tylko mój budzik przełącza sobie strefę czasową na wcześniejszą.
Syn Ateny zaśmiał się cicho.
Z moich planów bycia samej wyszły nici. Chłopak nie chciał opuścić mnie ani na krok.
– Mogłabyś nauczyć mnie strzelać? – spytał nagle. – Nigdy tego nie umiałem. Tiny mówi, że jesteś dobrą nauczycielką.
Mimowolnie się uśmiechnęłam. Doszliśmy do małej polanki (tam, gdzie się spotkałam z babcią) i stanęliśmy.
– Strzelałeś kiedyś? – zapytałam.
– Próbowałem, ale z beznadziejnym skutkiem. – odpowiedział. – Gorzej niż Tiny kiedykolwiek.
– To pokaż – powiedziałam, podając mu swój łuk i strzały. Malcolm przyjął poprawną pozycję, ale wcale nie próbował wycelować. Miałam wrażenie, że zrobił to specjalnie, aby pokazać, że nie umie strzelać.
– Nie udawaj – rzekłam.
– A jednak zauważyłaś – westchnął syn Ateny. Następna strzała przecięła powietrze obok mojego ucha.
– Nie próbuj mnie zabić – ostrzegłam. – Zawsze mam przy sobie broń, a w dodatku Ángeles gdzieś się tu kręci.
Co do łasiczki, blefowałam. Dosyć często chodziła własnymi drogami, które zbytnio nie przecinały się z moimi, a ja jej tego nie zabraniałam.
– Dlaczego poprosiłeś mnie o te niby „lekcje”? – spytałam, przerywając ciszę.
– Nie wiem – odparł szczerze.
Bim-bam, bim-bam, usłyszałam głos znajomego mi gryzonia. Wybiła ósma w Argentynie! Bim-bam, bim-bam.
Wybuchłam śmiechem. Miałam nadzieję, że ja także nie zacznę naśladować zegara. Malcolm popatrzył na mnie zdziwiony.
– Nie pytaj – rzuciłam, nie mogąc powstrzymać się od chichotu.
Nie śmiej się ze mnie, zawołała Ángeles. To naprawdę nie jest śmieszne.
Tak, tak, oczywiście, odparłam w myślach. Łasiczka udająca zegar z pewnością nikogo nie rozśmieszy.
– Jesteś pewna, że dobrze się czujesz? – zapytał zaniepokojony syn Ateny, gdy znów wybuchłam śmiechem. Natychmiast spoważniałam.
– Tak – odparłam. – Po prostu Ángeles udająca zegar nie jest zbyt codziennym zjawiskiem.
Miałam nadzieję, że chłopak mnie zrozumie. Podszedł do mnie i podał mi łuk, delikatnie się uśmiechając.
Był wyższy ode mnie, ale nie musiałam zadzierać głowy, by spojrzeć mu prosto w oczy. Nie miałam wątpliwości, że odziedziczył je po swojej boskiej matce.
– Nie rozumiem – szepnął. – Nie rozumiem, dlaczego mam się cię wystrzegać.
Nie wiedziałam, czy mówił to do siebie, czy do mnie. Jednak ja rozumiałam, dlaczego ktoś mu radził to zrobić. Byłam Łowczynią Nocy, a według przepowiedni to ze mną miała przyjść zagłada Obozu Herosów, który jednocześnie miałam uratować.
Założyłam łuk na plecy.
– Już muszę iść – powiedziałam do Malcolma, po czym ruszyłam w kierunku domków.
No, nareszcie, rzekła łasiczka, nagle wspinając mi się na lewe ramię. Myślałam, że tak będziecie stać godzinami.
Nie marudź, odparłam.
I kto tu marudzi, co? Zapytała. Gdybyś tam była jeszcze chwilę, zaczęłabyś mu powierzać swoje sekrety.
Nie odpowiedziałam. Ángeles, jak zwykle zresztą, przesadzała. Ogólnie, zachowywała się, jakby kiedyś była Łowczynią Artemidy. Okay, czasem się aż zbytnio przymilała, ale momentami zaczynałam się jej bać. Już po dwóch dniach znajomości z nią czułam się tak, jakbyśmy się znały od kołyski.
Widziałaś gdzieś Rachel? Spytałam łasiczki.
Kręci się w tym wielkim budynku, a co? Odrzekła spokojnie.
Nic. Po prostu muszę z nią porozmawiać. Już nie mogę?
Bez świadków – nie.
Westchnęłam cicho i podążyłam w kierunku Wielkiego Domu.

Rudowłosa siedziała na werandzie, grając z Chejronem w szachy. Oboje byli tak zaabsorbowani grą, że mnie nie zauważyli.
– Widzisz, Rachel – powiedział centaur – nic nie uczysz się na własnych błędach. Szach-mat – dodał, ruszając gońcem i stawiając białego króla dziewczyny w pułapce bez wyjścia.
– Oszukiwałeś! – oskarżyła go Wyrocznia, ale nauczyciel tylko się zaśmiał:
– Nie bądźmy dziećmi. Nie muszę uciekać do takich nędznych podstępów, by cię zmylić.
Rudowłosa obraziła się na niego i odwróciła głowę.
– Ceira – zdziwiła się na mój widok. – Jak długo…
– Tylko momencik – odparłam. – Musimy porozmawiać.
– No, to słuchamy – rzekł Chejron, patrząc na mnie pytająco. Odetchnęłam głęboko.
– Dziś w śnie widziałam Percy’ego Jacksona i Annabeth Chase – powiedziałam. – Nie wiem jak, ale oni… oni są w Tartarze.
Rachel przeraziła się.
– Jest coś jeszcze – dodałam nieśmiało. – Z Tartaru ma przyjść wiadomość. Wtedy się też dowiemy, o jakim zagrożeniu mówi przepowiednia.
Chejron westchnął. Jeżeli nawet się przestraszył faktu, że dwójka jego uczniów jest w samym piekle, sprytnie to ukrywał.
– Coś jeszcze? – zapytał rzeczowo centaur.
– Nie, już chyba nic – odpowiedziałam i po chwili odeszłam.

Rachel

Archiwum herosów ukryte w podziemiach Wielkiego Domu stało się teraz najpewniejszym miejscem, że to tam się ukrywa Chejron. Od paru dni cały swój wolny czas poświęcał na poszukiwanie kartoteki jednego z rodziców Ceiry.
Dziś pomagałam mu w szukaniu. Podczas gdy cały Obóz był zaangażowany w przygotowanie wszystkiego na dzisiejszą noc, ja ślęczałam nad jakimiś papierami, każde uważnie lustrując. Tak, żyć, nie umierać.
Centaur sięgnął po pudło umieszczone na samej górze jednego z regałów. Zdjął je, ale połowa kart wypadła.
Westchnęłam i przyklękłam, pomagając mu w zbieraniu. Wszystkie położyliśmy bez żadnego porządku do pudełka. Gdy Chejron wziął pudło i postawił na jednym ze stołów, po czym zaczął je przejrzewać, zauważyłam, że jedna z kart wpadła pod regał. Wyjęłam ją i przeczytałam.

Patrick Joseph Nightshade
Urodzony 13 II 1996 roku
Zmarły 26 XII 1996 roku

Tak, zaczyna się wspaniale. Mały nawet nie zdążył przeżyć roku. Biedaczysko. I w dodatku umarł we święta.
Mój wzrok padł na uwagi, znajdujące się na samym końcu strony.

Zamordowany przez nieznane potwory, razem ze swoimi rodzicami. Los starszej siostry nieznany.

Starsza siostra o nazwisku Nightshade… Przeszył mnie zimny dreszcz. Przecież wtedy, w nocy, Ceira krzyknęła to imię, Patrick…
Nie mogłam uwierzyć. Wnuczka Nyks miała kiedyś brata?
Zgięłam kartę i schowałam do kieszeni spodni. Podeszłam do Chejrona, by pomóc mu w przeszukiwaniu pudła.
– Czy jest możliwe, by byli tu inni herosi o nazwisku Nightshade? – zapytałam.
– Oczywiście, Rachel, że tak – odparł. – Tuż przed Percym był tu inny heros o nazwisku Jackson. Bodajże miał na imię Eric. Przecież nawet teraz mamy parę osób o tym nazwisku. Tiny, Walter, Isabel… Mamy prawie dwustu półbogów tutaj, więc nazwiska mogą się powtarzać.
Nastała cisza. Powoli pudło robiło się puste, a stosy równo poukładanych kartotek większe.
– Dzieci Nyks rzadko się zdarzają – powiedział nagle centaur. – Raz na stulecie, może rzadziej. Większa jest szansa, że znajdziesz dziecko wybranego boga z Wielkiej Trójki niż Nyks. Ale nigdy wcześniej nie spotkałem się z wnukiem tej bogini.
Czyli wśród parę tysięcy kartotek (jeśli nie było ich dziesiątki bądź setki) jest tylko jedna karta należąca do matki lub ojca Ceiry. Świetnie. Po prostu idealnie.
– Chejronie! Rachel! – usłyszałam, jak woła nas Clarisse stojąca na parterze. – Musicie natychmiast przyjść! Mamy nowego herosa!
– Nawet na chwilę nie dadzą mi odpocząć – mruknął centaur. Przestałam pojmować jego pojęcie chwili.  Niedawno to było pół godziny. Teraz minęły ponad dwie godziny.

– Znaleźliśmy go przy granicy – zaczęła opowiadać córka Aresa, gdy szliśmy za nią. – Prawie cały w ranach, ale przytomny. Lara z nim została.
Pod Sosną Thalii zauważyłam siostrę Clary i obcego chłopaka. Miał jasną skórę i białe jak śnieg włosy. Clarisse nie kłamała – na całym ciele widniały rany.
– Ledwo co podałam mu ambrozję – powiedziała Lara.
– Ale fajnie – zachwycił się ranny półbóg. – Widzę te koniki z bajek.
Omal nie wybuchłam śmiechem.
– Nie jestem koniem z bajek – zauważył Chejron, całkowicie poważny. – Jestem centaurem.
– Czyli jesteś konikiem z bajek – odparł chłopak. – To gdzie jest Herkules i ten mały kozłonóg, Fil?
Tym razem nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać. Nie mogłam się powstrzymać nawet wtedy, gdy Chejron spojrzał się na mnie z naganą w wzroku.
– Tak, rzeczywiście nie jesteś tym konikiem – rzekł nieznajomy. – Zaraz się zapalisz, tak jak zawsze robisz, gdy się denerwujesz, Hadesie.
Centaur był na kresu wytrzymałości.
– Czy on się nie walnął w głowę? – spytał podenerwowany.
– Nie wiemy – odpowiedziała Lara lekko rozbawionym tonem. – Znalazłyśmy go, jak tu leżał.
– Zabierzcie go do skrzydła szpitalnego – rozkazał. – A najlepiej do izolatki – odwrócił się i ruszył do Wielkiego Domu. – Konik z bajek, też sobie wymyślił – wołał oburzonym tonem po drodze, myśląc, że zapewne tylko sobie mruczy pod nosem.
Gdy tylko odszedł na bezpieczną odległość, wszystkie trzy zaczęłyśmy się trząść ze śmiechu.
– Gratulacje – powiedziała Clary. – Jesteś chyba pierwszą osobą, która na starcie wkurzyła wiecznie spokojnego Chejrona.
Chłopak się jednak nie odezwał.
– Świetnie – oznajmiła Lara. – Zasnął.
– Czyli teraz musimy go tylko przetransportować do skrzydła szpitalnego – stwierdziłam. – Nie jest tak źle.
– W porównaniu z tym, co może zrobić Chejron, to chyba znalazłyśmy się w Elizjum – odparła Clarisse.

Ceira

 Wszyscy herosi usiedli przy swoich stolikach. Jakimś cudem Rachel pozwolono siedzieć ze mną.
Dionizos powstał.
– Mamy w Obozie nowego herosa – oznajmił. – Ma na imię… - bóg wina urwał i spojrzał na swoją rękę. – Ma na imię León.
Stojący obok niego białowłosy chłopak wyszedł na środek.
– Jak na razie nie został uznany, więc na chwilę obecną znajdzie się w domku Hermesa – dodał pan D. Heros nieśmiało przeszedł się do swojego stolika.
Gdy mnie mijał, poczułam wysuwający się sztylet. Miałam dziwne wrażenie, że nic dobrego nie wyniknie z jego przybycia tutaj. Bynajmniej nic dobrego dla mnie.
– Ogłoszenie numer dwa – kontynuował bóg wina. – Dobrze wiecie, co jest moją boską domeną. Dziś Obóz postanowiła odwiedzić moja żona. Mimo że wokół szaleje wojna, dzisiejszy wieczór ma przepłynąć pod znakiem dobrej zabawy. Macie się ubrać na… - Dionizos się zaciął. Chwilę się zastanawiał, nie mogąc sobie przypomnieć słowa. – Macie wyglądać, jakbyście byli na balu na Olimpie, jasne?
Wszyscy kiwnęliśmy głowami i mruknęliśmy pod nosem, że rozumiemy.
Westchnęłam bezradnie. Nie lubiłam bali. Wszystkie te sukienki były takie słodkie. Okay, może trochę przesadziłam. Ale zdecydowana większość kreacji potwierdzała moją opinię.
Dzisiaj nie byłam za specjalnie głodna, więc prawie cały talerz oddałam Artemidzie z jedną prośbą – żeby przysłała mi kogoś do pomocy.


Kiedy weszłam do domku, myślałam, że zejdę na zawał. Po całej kabinie kręciła się moja mama… to znaczy Afrodyta.
– Och, jak miło cię znów widzieć – powitała mnie, słodko się uśmiechając. – Zapewne wiesz, kto mnie przysłał, prawda? O cel się nie pytam, bo Ariadna cały tydzień latała uradowana po Olimpie. Tylko z początku to było fajne.
– A nie powinnaś pomagać swoim córeczkom w doborze strojów i tak dalej? – zapytałam.
– Nie, same sobie poradzą – odparła bogini. – A w dodatku ich jest tam tak dużo, że tylko narobiłabym niepotrzebnego tłoku. No, dobrze, najpierw usiądź – wyczarowała obrotowy fotel.
Gdy usiadłam, Afrodyta zaczęła mi się przyglądać.
– Błękitne oczy – mruczała sobie. – Jasnobrązowe włosy. Chyba już mam sukienkę dla ciebie.
Na mnie pojawiła się śnieżnobiała sukienka. Gdy w lustrze stojącym parę metrów ode mnie zobaczyłam siebie, od razu skojarzyłam swój wygląd ze słodką, przelukrowaną dziewczynką, którą nigdy nie chciałabym być.
– Nie przesadzaj – powiedziała bogini, patrząc na moją twarz. – Czyli prawdą było, że trudno cię zadowolić – westchnęła i machnęła ręką. Kreacja zniknęła. – Jesteś wilkiem, tak?
– Że co? – zapytałam. Nie miałam pojęcia, o co jej chodzi.
– Hekate mówiła, że umiesz się przemieniać w wilka – wyjaśniła. – Jakiego koloru masz wtedy futro?
– A skąd ja mam to niby wiedzieć? – odpowiedziałam pytaniem. Już tak dawno zmieniłam się w to zwierzę, że już zapomniałam o tej zdolności. Wielokrotnie pod taką formą uciekałam z pola walki, gdy wiedziałam, że jestem bezsilna wobec przeciwnika.
– To może coś ciemnego, w kolorze nocy? – zaproponowała patronka piękna. – Lubisz czekoladę?
– Tak, ale nie tak bardzo jak Liz – odparłam, wywołując atak śmiechu u Afrodyty. Sama też zaczęłam się śmiać, przypominając sobie oczy wspomnianej dziewczyny na widok czekolady. Gdyby miała zostać boginią, to znałam już jej domenę.
– Zamknij oczy – rzekła nieśmiertelna. – I nawet nie waż się podglądać.
Poczułam przyjemne mrowienie na całym ciele. Parokrotnie chciałam otworzyć oczy, by wiedzieć, co się dzieje.
– No, dobrze, już! – w piskliwym głosie patronki piękna słychać było zachwyt i wielką radość. – Otwórz oczy.
Gdy spełniłam polecenie Afrodyty, myślałam, że padnę z wrażenia. Po pierwszym szoku wstałam z krzesła.
– Siadaj – rozkazała bogini, magią zakrywając lustro. – I zaśnij.
– Nie próbuj na mnie magii – zwróciłam jej uwagę. – Czaromowa na mnie nie działa.
– To co na ciebie działa? – zapytała.
– Nie wiem – odpowiedziałam. – Chyba tylko bardzo potężne czary.
Nieśmiertelna westchnęła i zabrała się za moje włosy. Ani razu nie poczułam jej palców, jedynie od czasu do czasu mocniej szarpnęła.
– Co się dzieje na Olimpie? – zaczęłam rozmowę.
– Nic nowego – odparła. – Kto jeszcze został „normalny”, nie przebywa u nas. Dionizos wolał się powłóczyć trochę po Stanach, niż tam zostać. Teraz jeszcze chce, by Ariadna tu przyjechała i nie wróciła. Nie sądzę, by się zgodziła. Dioni jest dla niej ważny, ale nie zostawi tam Liz sam na sam z Ateną. A Hefajstos…
– Czekaj, że co? – przerwałam jej. – Znów uwięziliście Liz na Olimpie? Już do końca oszaleliście?
– Musieliśmy to zrobić – odpowiedziała Afrodyta, znów mnie szarpiąc. – Gdyby została z ojcem, pierwsze, co Gaja by zrobiła, to porwała i wykorzystała jej krew, aby nas pokonać. Ale nie bój się. Może i trochę się sprzeciwia, ale nigdy się nie oprze fontannie z czekoladą, zaprojektowanej przez Annabeth.
Oddychałam głęboko. Zachowanie Olimpijczyków już nie raz mnie irytowało, ale teraz już przesadzili. Zamiast dać Liz szansę do powstrzymania tego całego piekła, jakie panowało poza granicą Obozu, postanowili znów ją uwięzić i traktować jak Roszpunkę. Tak samo jak rok temu, gdy powstał Kronos.
– Ceira, nie możesz być na nas zła – powiedziała bogini. –  Liz wiedziała, że tak się stanie. Woli przebywać na Olimpie. Szczególnie teraz, gdy… Gdy była zmuszona zabić swoich przyjaciół.
W tamtym momencie skończyła mi robić fryzurę i przeszła do makijażu.
– Muszę go mieć? – spytałam, robiąc „słodkie oczka”.
– Tak – odrzekła konkretnie kobieta. – Wykapana z ciebie Adrianne. Ona też nienawidziła się malować. Jesteś do niej taka podobna. No, dobrze, a teraz zamknij oczy.
Spełniłam jej żądanie. Przez jakieś dziesięć minut tylko zamykałam i otwierałam oczy ze sto razy. Ostatecznie kazała mi je zamknąć. Po pięciu minutach ciszy zaczęłam się obawiać, że Afrodyta zostawiła mnie samą, nie uprzedzając o wyjściu. Nagle rozległ się jej głos:
– Skończone. Otwórz oczy.
Teraz to mi opadła szczęka. W zwierciadle widziałam dziewczynę, którą na pewno nie byłam ja, ale która robiła wszystko to, co ja.
Stałam ubrana w sukienkę do ziemi w barwie gorzkiej czekolady z czarnymi rękawami, wpatrując się z niedowierzaniem w szklaną taflę. Pasma włosów ze skroni bogini zaplotła w warkoczyki i wzięła do tyłu. Powieki pokrywały białe i popielato-brązowe cienie.
Gdy Afrodyta stanęła obok mnie, zobaczyłam, że miała rację – naprawdę byłam podobna do mamy, miałam jedynie ciemniejsze włosy.
Nie mogłam nic powiedzieć. Aby podziękować bogini, tylko ją przytuliłam. Czułam, że oczy robią mi się mokre.
– Tylko się mi tu nie rozpłacz – powiedziała patronka piękna. – Bynajmniej przez dziesięć minut. Potem możesz płakać, ile chcesz.
Próbowałam się trzymać, ale z trudem udawało mi się powstrzymywać łzy. Bogowie, jak ja się zmieniłam od września, pomyślałam ze zdziwieniem. Właśnie rok temu, we wrześniu, zostawiłam list pożegnalny, adresowany do Chrisa i Mae, i uciekłam z domu.
Rozległo się pukanie do drzwi.
– Ceira, jesteś tam? – usłyszałam głos Rachel. Wtedy się zorientowałam, że Afrodyta znikła, zostawiając mnie samą.
– Tak, jestem – odparłam. Rudowłosa weszła cicho przez drzwi.
– Wow – zareagowała na mój wygląd. – Skąd to wytrzasnęłaś?
– Miałam małą pomoc – odpowiedziałam.
Kogo? Zapytała Ángeles, pojawiając się na parapecie. Bo na pewno nie mnie.
– Drew chyba się zabije, gdy cię zobaczy – stwierdziła Wyrocznia. – W jej twierdzeniu nikt nie może wyglądać lepiej od niej.
Rozległy się fanfary.
– Chodź, szybko – rzuciła Rachel. – Ariadna już przybyła.
Chciałam pobiec za nią, ale po kilku krokach zorientowałam się, że mam na nogach niebotyczne szpilki.
– Serio, Afrodyta? – spytałam. Wysokie buty szybko zamieniły się w płaskie, ciemne baleriny.


Na plaży był już prawie cały Obóz. Dumny Dionizos prowadził za rękę śliczną, młodą kobietę o rudozłotych lokach i wesołych, zielonych oczach.
Nigdy wcześniej nie widziałam Ariadny, ale teraz rozumiałam, dlaczego bóg kazał Tezeuszowi zostawić ją na bezludnej wyspie. Nie zdziwiłabym się, gdyby we swoich czasach uchodziłaby ona za największą piękność.
– Grupowi, wystąpić i oddać hołd – rozkazał Chejron.
– Idź – szepnęła do mnie Rachel.
– Ja nie jestem grupową – odparłam. – Ten tytuł należy się tylko Porucznik Łowczyń.
– Obecnie jesteś jej zastępczynią – odpowiedziała rudowłosa. – Tak samo, jak Malcolm zastępuje Annabeth.
Chcąc, nie chcąc, wyszłam na środek, razem z innymi wywołanymi osobami i wspólnie przyklękliśmy.
– Kochanie, może byś ich mnie przedstawił – zaproponowała Ariadna. Pan D. spojrzał się na nas groźnie, ale się zgodził.
– Tak więc – zaczął. – Jedyny rezydent kabiny Zeusa, tak samo jak jedyny syn Posejdona, jest obecnie na misji. Kabinie czwartej, poświęconej Demeter, przewodniczy Katie Gardner – przed szereg wyszła heroska o ciemnych, prostych włosach i w białej, długiej sukience i ukłoniła się, po czym wróciła. – Następnie…
– Sama Pogromczyni Drakona – przerwała mu żona. – Clarisse la Rue. Ojciec jest z ciebie bardzo dumny. Ach, i syn Ateny – spojrzała na Malcolma. – Czy możesz mi przypomnieć swoje imię?
– Malcolm Singh – odparł blondyn.
– Apolla reprezentuje jego syn, Will Solace – kontynuował Dionizos. Ariadna uśmiechnęła się do wysokiego chłopaka o złotych włosach. – Obecnie mamy tu też wnuczkę Nyks, ale uznaną przez Artemidę.
– Łowczynię Nocy, tak? – zapytała księżniczka Krety, lustrując mnie wzrokiem. W jej oczach zobaczyłam błyskawice.
Niet, niet, niet – odezwała się jakaś dziewczyna za jej pleców, z doskonałym rosyjskim akcentem, i położyła jej rękę na ramieniu. Ariadna, już uspokojona, spojrzała się na czarnoskórego chłopaka, stojącego obok mnie w bandażach prawie na całym ciele.
– Jake Mason, syn Hefajstosa – przedstawił go bóg wina. – Jeszcze się kuruje po tym cholernym smoku Valdeza… Drew Tanaka, córka Afrodyty – przed jego żoną wystąpiła wysoka dziewczyna o azjatyckich rysach, ubrana w słodką, różową sukienkę. – Chrisa Rodrigueza i Polluksa już znasz, kochanie.
– Jakże mogłabym ich nie znać – odparła kobieta z uśmiechem. – Szczególnie twojego bękarta.
Minosowna – niewidoczna dziewczyna z nią odezwała się groźnie.
– U Hadesa nikogo nie ma – ciągnął dalej pan D. – Irydę reprezentuje Butch. Od Hypnosa jest… – urwał, orientując się, że nie przybyło ani jedno dziecko wspomnianego boga.
– Pewnie znów posnęli – zażartowała księżniczka Krety.
– Największa klątwa ludzkości i bogów – mruknął głośno bóg, po czym kontynuował: - Grupową domku Nemezis jest Maggie Serdown – średniego wzrostu heroska o długich, prostych włosach w kolorze granatowej czerni z niechęcią się ukłoniła. – Obok stoi syn Nike, Nicodème Lefevre. Następnie Alice Ring, grupowa Hebe. A na samym końcu „szczęśliwy” Blase Husting i córka Hekate, Lou Ellen. Jakieś pytania?
– Chyba już żadnych – odparła mu żona. – Może zacznijmy zabawę?
– Tak, to jest dobry pomysł – twarz Dionizosa rozpromieniła się na samą myśl o tym.
Na jego znak wybrane dzieci Apolla zaczęły grać na swoich instrumentach.
Spokojnie usunęłam się w cień. To, że dobrze wyglądałam, nie oznaczało, że mam się bawić. Zresztą, nigdy nie ciągnęło mnie do zabawy.
Nagle stanęła obok mnie Ariadna.
– Możemy porozmawiać na osobności? – zapytała, obserwując swojego męża, tańczącego z łudząco podobną do niej dziewczyną.
– Oczywiście – odparłam w imię zasady, że bogom się nie odmawia.
Córka Minosa zaczęła iść w kierunku Wielkiego Domu.
– Dlaczego się tu zjawiłaś, Ceiro? – spytała. – Jeśli pamięć mnie nie myli, dobrze się czułaś w domu Chrisa i Mae.
– Musiałam ich opuścić – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Dostałam rozkaz, a w dodatku potwory zaczęły mnie wyczuwać.
Szłyśmy przez ciemność w milczeniu.
– Opuść Obóz i zamieszkaj na Olimpie – zaproponowała nagle kobieta. – Tak będzie lepiej dla wszystkich. Gaja nie będzie mogła cię upolować, a Liz porozmawia z kimś w swoim wieku.
– Nie mogę, Ariadno – odmówiłam. – Bariera ochronna robi się coraz słabsza. Wczoraj Obóz napadły widzialne jedynie w termowizji potwory. W dodatku babcia powiedziała…
– Co powiedziała Nyks? – dopytywała się żona Dionizosa.
– Że Obóz jest w niebezpieczeństwie – odrzekłam. – I że moim zadaniem jest go uratować.
Bogini westchnęła.
– Powiem ci tylko tyle, że dzieli cię tylko mały krok od tego – zaczęła – aby zaczęli cię uważać za zdrajczynię. I to nie jeden człowiek, ale wszyscy. Małe kłamstwo może spowodować, że doprowadzisz do tego szybciej, niż powinnaś.
– Tylko mi nie mów, żebym nie ukrywała tego, kim byłam – ostrzegłam. – Tamta Ceira Nightshade, która posługiwała się nazwiskiem Goldstein dla bezpieczeństwa, znikła w momencie mojej ucieczki. Jestem już zupełnie inną dziewczyną.
– Niedługo nadejdzie czas, w którym będziesz musiała wybrać – powiedziała księżniczka Krety. – Tak jak Jason.
– Między czym on ma wybierać? – zdziwiłam się.
– Między kulturami – odparła Ariadna. – Nie wiem, jaki wybór czeka ciebie. Nikt ci tego nie powie, nawet Apollo i Mojry.
Nieśmiertelna przystanęła nad nieruchomą taflą jeziora.
– Ślicznie dziś wyglądasz – przerwała ciszę. – Teraz wyglądasz niemal jak Adrianne. Ale charakter „odziedziczyłaś” po Zoe. Taka sama z ciebie Panna Idealna.
Uśmiechnęłam się lekko, przypominając sobie moją przybraną matkę, Mae. Ona się śmiała, że jestem aż zbyt idealna.
Ale uśmiech szybko zszedł mi z twarzy na myśl, że Zoe już nie ma wśród żywych. Po śmierci dziadka od strony mamy, ona była moją jedyną, prawdziwą rodziną. Okay, Goldsteinowie traktowali mnie jak rodzoną córkę, ale to nie było to samo.
– Cóż, ja już muszę wracać – westchnęła córka Minosa. – A ty pomyśl nad tą propozycją przeprowadzki na Olimp. Pomyśl nad nią, póki jest aktualna.
Odeszła, zostawiając mnie samą.

Malcolm

Na plaży panował zbyt duży hałas jak dla mnie.
Z tego powodu jak najszybciej uciekłem na pobliski klif. Mimo że to oba obiekty dzieliła mała odległość, było tu znacznie ciszej.
Przypadkowo wpadłem tam na Ceirę. Po wyrazie jej twarzy zrozumiałem, że nie spodziewała się tego.
– Cześć – powiedziała cicho.
– Cześć – odparłem. – Przepraszam cię za rano. Wygłupiłem się.
– Nic się nie stało – odpowiedziała z uśmiechem. Lubiłem, gdy się uśmiechała. Tak ślicznie wtedy wyglądała. Teraz mogłaby spokojnie startować w konkursie piękności przeciwko Afrodycie.
Usłyszałem z dołu spokojną balladę.
– Zatańczysz? – zapytałem.
– Jestem beznadziejną tancerką – wymówiła się.
– I beznadziejną kłamczuchą – dodałem. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale nie padło ani jedno słowo sprzeciwu, gdy objąłem ją w talii i zaczęliśmy tańczyć. W połowie piosenki źle stanąłem i oboje runęliśmy na ziemię.
– To moja wina – przyznałem się od razu. Myślałem, że będzie zła, ale pomyliłem się – dziewczyna wybuchła śmiechem, którym szybko mnie zaraziła.
Ceira usiadła na trawie.
– Nie lubię zabaw – rzuciła nagle. – Zawsze ich unikałam, gdy tylko mogłam.
– Skąd ja to znam – uśmiechnąłem się. – Mam tak samo.
Na plaży znów puszczono rytmiczne, nowoczesne kawałki.
– Nikt cię tu nie zna – zacząłem. – Wiemy o tobie tak mało, że mniej wiemy chyba tylko o tym nowym.
– I pewnie chcesz, żebym powiedziała ci coś o sobie, tak? – spytała.
– Tak – odrzekłem. – Jeśli chcesz, zatrzymam to wszystko w tajemnicy. Mi możesz zaufać – złapałem ją za rękę. Szybko ją cofnęła.
– Co chcesz wiedzieć? – zapytała rzeczowo, ale w jej głosie wyczułem zdenerwowanie.
– Najlepiej wszystko – odparłem. – Uspokój się. Tu ci nic nie grozi.
– Nie mogę ci powiedzieć wszystkiego – odpowiedziała. – Nieważne, jakbym tego chciała. Może będę mogła, gdy Gaja zostanie pokonana.
– Kiedyś mi powiedziałaś, że znasz Jasona Grace’a  - powiedziałem. – Możesz mi powiedzieć, o co dokładnie ci chodziło?
– Walczyłam z nim – opowiadała. – Przeciwko empuzom i mantykorom. To była trudna walka. Była z nami jeszcze Reyna i Jenna. Prawie ciągle ratowaliśmy sobie nawzajem życie. Mimo to jedna z empuz zabiła Jennę. Ja obwiniałam siebie za to, że za późno wystrzeliłam strzałę, Jason siebie za to, że nie pomógł jej w walce. Dopiero Reyna nam wytłumaczyła, że to nie my jesteśmy winni śmierci Jenny.
Przyznam, że spodziewałem się czegoś bardziej pozytywnego.
– Coś jeszcze chcesz wiedzieć? – spytała.
– A o czym możesz mi jeszcze powiedzieć? – zapytałem.
– Mało – odrzekła. – Mniej niż nawet myślisz.
– Kto nosi nazwisko Goldstein? – przyszło mi do głowy to pytanie. Przypomniałem sobie, że wczoraj użył go pan D.
– Moi przybrani rodzice – odparła. – Chris i Mae. Byli obecni przez prawie całe moje życie. Tak samo, jak ich dzieci, Chloe i Tom.
– A co z nimi się stało? – dopytywałem.
– Chloe nie żyje – powiedziała Ceira. Po jej policzku poleciała łza. – Umarła, gdy miałam dziesięć lat. Tom praktycznie jej nie pamięta, był wtedy dopiero dwulatkiem. Mam nadzieję, że Gaja się już nimi nie interesuje, gdy już uciekłam od nich.
Zamilkła. Cała drżała.
– Okay, teraz ostatnie pytanie – rzekłem. – Dlaczego nazywają cię Łowczynią Nocy?
Dziewczyna uśmiechnęła się przez łzy.
– Czyli już wiecie – stwierdziła. – Tu nie ma żadnej tajemnicy. Pierwszy raz nazwały mnie tak Łowczynie Artemidy, tuż po tym, jak bogini odmówiła przyjęcia mnie do ich szeregów. I jakoś tak została ta nazwa wśród bogów i herosów. A potwory… Cóż, raz polowałam z Łowczyniami, w nocy. One potrzebowały światła, więc każdy je widział. Ja natomiast szłam w ciemnościach. Dzięki babci mogę widzieć w termowizji. Wszystkie myślimy, że to od tego nadano mi ten tytuł.
Żadnej tajemniczej, mrocznej historii na ten temat. Poczułem się rozczarowany. Ale od razu zapaliła mi się w głowie lampka – dlaczego ta opowieść miałaby być żywcem wyjęta z filmów grozy?
Ciemne niebo rozbłysło ferią barw. Tak, dzieciaki Hefajstosa miały talent do takich rzeczy. Kiedy pojawił się wielki, kolorowy smok, wiedziałem, że to robota Valdeza; że to jego hołd dla jego zniszczonego smoka, po którym zachowała się tylko głowa.
Wnuczka Nyks patrzyła na fajerwerki ze zachwytem w oczach.


* * *
Kruczowłosa kobieta stała dumnie przed ziemistą twarzą.
– Uda się mu – zapewniła brunetka. – Ona szybko mu zaufa, a wtedy ją zabije.
– Jesteś bardzo pewna tego, że mu się uda – powiedziała twarz niskim i kobiecym, ale przyjemnym głosem. – Ale masz plan awaryjny.
– Nie – odparła kobieta. – Najważniejsze, by doprowadził ją tutaj. Jeśli on nie zdoła jej zabić, ja to zrobię.
– Gratuluję tej determinacji w słusznej sprawie – rzekła Gaja. – Ale nie myśl tak dużo o nim i nie bądź z niego taka dumna. Oczy ci wtedy zmieniają kolor na lodowaty niebieski. Tak samo się dzieje, gdy z nim rozmawiasz.
Nastała cisza.
– A jeśli mu jednak nie zaufa? – zapytała twarz. – Co wtedy zrobisz? Poświęcisz własną córkę w tej sprawie?
Brunetka zawahała się na moment.
– Tak – odpowiedziała ze zamkniętymi powiekami. – Jeśli trzeba będzie, poświęcę Anaïs.
– Mam taką nadzieję – odparła Gaja. – Mam nadzieję, że nie przegramy, bo twoje dzieci zawiodą. I dla swojego dobra, lepiej do tego nie dopuść. Inaczej Zeus może zastąpić cię swoją potomkinią, jasne?
Kruczowłosa pokiwała głową na znak, że zrozumiała.



1W Argentynie czas jest przesunięty o jedną godzinę do przodu w porównaniu z czasem letnim na wschodzie Stanów Zjednoczonych.
_________________________________
    I jak się Wam podoba?
  Okay, początkowo to miało trochę inaczej wyglądać. Ale za każdym razem, gdy wyobrażałam sobie rozmowę Malcolma i Ceiry, zawsze wyglądała ona inaczej.
   Wiem, że moje wyobrażenie Ariadny trochę odbiega od opisu Riordana, ale to bogini i (bynajmniej wg mnie) może zmieniać swój wygląd.
    Pozdrawiam i do następnego rozdziału.

15 komentarzy:

  1. Przypadł mi pierwszy komentarz :3
    Więc tak: Ceira + Malcolm <3 Oni muszą być razem! :**
    Swietny rozdział, czekam na następny <3
    Całuję,
    Diana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz

      Okay, przyznaję - Malcolm jest "lekko" zakochany w Ceirze, ale ona w nim - niezbyt. Idąc takim tokiem rozumowania (nie ma to, jak być autorką i wszystko wiedzieć), Ceira i Malcolm wcale nie muszą być razem. Wszystko zależy ode mnie (i tutaj wyobraź sobie śmiech zła)

      Kolejny rozdział - jak na razie mam tylko szkic, ale żadnego pomysłu (szkoło, odejdź!) na pisanie. Ale rano może coś przyjdzie do głowy.

      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Świetny rozdział :*
    Po prostu genialne i cudowne!
    Czekam na kolejny rozdział <3
    Oby wena cię nie opuściła :* <333333333
    #córka zwycięstwa

    OdpowiedzUsuń
  3. No co ja mogę Ci napisać? Jak zwykle świetnie. Moje komentarze robią się już nudne.
    Ach, ta romantyczna scena z Ceirą i Malcolmem... Świetnie opisane. Coś myślę, że będzie z nich para. Tylko Ceira zaczyna mnie trochę denerwować. Nie wiem... Jest taka perfekcyjna, jak Ty to ujęłaś- "Pani idealna". Jednak wolę, gdy bohaterowie są bardziej realni. Czekam z niecierpliwością, aż pojawi się jakaś skaza na charakterze Łowczyni.
    A kimże jest Liz?! Wiem na razie o niej tylko to, że lubi czekoladę i jest na Olimpie... Mam nadzieję, ze dowiem się więcej.
    Ciekawe, czyim dzieckiem jest ten nowy heros. Zaintrygował mnie. I te jego słowa, kompletnie bez sensu... Tylko wydaje mi się to trochę dziwne, że dziewczyny, zamiast zaniepokoić się, że oszalał, zaczęły się śmiać...
    Wprowadzasz nowe wątki, mieszasz w umysłach czytelników, robisz fałszywe tropy, zmylasz nas, intrygujesz, dodajesz kolejne tajemnice... Jestem pod ogromnym wrażeniem.
    Ach, tą łasicą mnie rozwaliłaś! Udaje zegar... Dobre! Od razu na moją twarz wpełzł uśmiech.
    Co jeszcze mogę napisać?... Ach, wiem. Jeszcze jedna uwaga. Skoro Afrodyta jest boginią miłości, to chyba może użyć magii do zrobienia fryzury i makijażu Ceirze, prawda?
    Kim była ta kobieta towarzysząca Ariadnie? Ta, co mówiła z rosyjskim akcentem (to też był fajny, zabawny element). Nie wyjaśniłaś tego...

    Moim ulubionym bohaterem jest zdecydowanie Malcolm. Nie jest perfekcyjny, ale ma wiele zalet. W dodatku jego styl opowiadania podoba mi się najbardziej. Mam nadzieję, że często będzie występował.
    No nic, to chyba tyle. Czekam z niecierpliwością na następny rozdział!
    Pozdrawiam,
    Pola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za tak długi komentarz. W porównaniu z nim moje są ledwo jednym słowem. I wcale nie są nudne - po prostu wszystko analizujesz.

      Oczywiście, że Afrodyta mogła użyć magii, ale jak najdłużej chciała być poza Olimpem. Plus chciała spróbować cokolwiek zrobić bez użycia magii.
      Co do Jeleny (tak się nazywa ta dziewczyna towarzysząca Ariadnie) - więcej o niej będzie w kolejnym rozdziale.
      Dziewczyny się zaśmiały, ponieważ myślały, że heros po raz pierwszy dowiaduje się o istnieniu świata mitologicznego, wiec dlatego się zachowuje jak szalony.

      Liz pojawi się dopiero później, po tym jak Ann i Malcolm zwrócą się do niej o pomoc. A, i Liz nie lubi czekolady. Ona ją ubóstwia.

      Dziękuję jeszcze raz za komentarz.
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. OK, teraz wszystko rozumiem. Dziękuję, że odpowiedziałaś na moje pytania;)
      Pozdrawiam ciepło i życzę weny,
      Pola

      Usuń
  4. KA BUM i oto jestem xD
    Przepraszam, że tak długo zwlekałam z tym komentarzem, ale za każdym razem gdy do niego podchodziła nie wychodził mi tak jak chciałam :p Może dlatego, że ten rozdział jest mega wspaniały *.* A ja taka niezdarna, że nie umiem nawet tego w komentarzu opisać ... Tak czy siak co do Ceiry to bardzo ją polubiłam :) Czytając twoje opowiadanie można bardzo dobrze poznać jej charakter ;] ( nie wiem czemuż to, ale przypomina mi ona Artemis z Ligi Młodych ;-; Może nie z wyglądu, ale z charakteru )
    No i Malcolm :3 Widać, że podoba mu się Ceira, ale bez wzajemności... to takie smutne :c Zawsze jest mi szkoda tych co kochają, ale nie są kochani :<
    ~Trzymaj się Malcolm ! Jakoś to będzie <3~
    Zastanawia mnie ten ostatni akapit, sprawia, że mój mózg pracuje na wysokich obrotach i zaczyna wymyślać nieskończone historie o co to w nim chodzi ...myślenie boli ;-;... Tego tu nie było xD Ja jestem naprawdę bardzo inteligentna ( Taa jasne-powiedział cichy wredny głosik w mojej głowie)
    Dobra kończę bo zaczynam wariować xD
    Życzę duuuuuuuuuuuuuużo weny, siły i chęci do pisania i już z niecierpliwością czekam na następny rozdział ^^

    PS: Ja chcem więcej akcji z tym nowo przybyłym herosem... on mnie intryguję ;] Jestem ciekawa jak rozwinie się jego historia :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PPS: Już kocham Liz :D Haha wiem, ze moja miłość powstała bardzo szybko, ale to ze względu na czekoladę :D Ja też ją ubóstwiam *.* Mogłabym pływać w rzece czekolady :3

      Usuń
    2. PPS: A łasiczka jest po prostu mega ^^ I to udawanie zegara haha :D Umiesz rozbawić

      Usuń
    3. PPPS: I tak to właśnie wygląda ja się jest mną i się co chwila przypomina, że mogło się jeszcze coś napisać -.-
      xD

      Usuń
    4. Mam jutro jeszcze zajęcia pozalekcyjne, i to bardzo ważnie, ale musiałam Ci odpisać.

      Twój komentarz mnie rozwalił śmiechem. Po prostu ledwo powstrzymuję się od śmiechu.

      Jak to można dobrze poznać charakter Ceiry? Bardzo duży wpływ na to miała jej przeszłość, której w większej części jeszcze nie ukazałam (np. dlaczego chciała wstąpić do łowczyń - wiem, że pisze się z dużej litery, alemoja klawiatura z bluetoothem tego nie chce zrozumieć XD).
      Malcolm i tak ma duży plus u Ceiry - jako jedyny w Obozie wie o niej coś więcej (prócz pana D., który wie o niej prawie wszystko). I tak będzie przez dłuższy czas, ponieważ nikomu innemu nie zaufała (co może się równać, że spokojnie można nazwać ich przyjaciółmi - bynajmniej wg Ceiry).
      Ligi Młodych nie oglądałam, więc nie wiem, czy Ceira jest do podobna do tej Artemis, czy nie.

      Ostatni fragment jest powiązany z prologiem. Aby zrozumieć oba te fragmenty, trzeba nieźle się natrudzić, ponieważ celowo wszystko jest tak napisane. Ciekawe, czy ktokolwiek wpadnie, kim jest ta brunetka.

      Chcesz więcej o Leónie? Proszę bardzo. Nowy heros nieźle namiesza w Obozie, zanim - (nie)stety - umrze.

      Ja też lubię Liz, choć postać dopiero jest w projekcie. I również chciałabym fontannę z czekolady, jak ona.

      Ten żart z zegarem i Angeles był dosyć spontaniczny. Przy niej muszę przyznać, że (spoiler!) nie przypomina chyba siebie z serii.

      Już sama nie wiem, co Ci napisać. Z rozdziałem piątym pójdzie ciężko ze względu na brak czasu (szkoła+ileś tam konkursów), ale ogólnie mam na niego pomysł.

      Pozdrawiam


      PS:Wiem, że spoilerując, odbieram radość z czytania, ale fakt o pojawieniu się Angeles w serii jest "tajemnicą" mniejszego kalibru.
      PS2: Czy tylko ja mam wrażenie, że umiem pisać mega długie odpowiedzi na nawet krótkie komentarze? Akurat Twój jest nawet spory, ale mówię ogólnie

      Usuń
  5. Twoje opowiadanie jest hmm... dosyć niezwykłe.
    Dialogi ciekawe, historia wciąga... Gratuluję! Miałaś świetny pomysł z tą wnuczką Nyks, bardzo mi się spodobał. Nie ma w Twoich rozdziałach takiej sztuczności, którą często widzę na innych blogach i za to należą Ci się ogromne brawa. Wiesz co robisz, bohaterzy są barwni, ciekawi... Urzekło mnie to. Zauważyłam tylko kilka błędów, prawdziwe drobiażdżki: np. powtórzenie jakiegoś wyrazu w następnym zdaniu, czy coś takiego. Ale przecież nikt nie jest idealny!
    Właśnie, a propos idealności... Tutaj zaczyna wkurzać mnie główna bohaterka. Nie lubię takich postaci, zbyt idealnych. Ale może właśnie na tym polega jej wada?
    Tutaj moja opinia zaczyna pokrywać się z komentarzem Poli, ale bardzo dobrze ją znam, więc...
    Od razu polubiłam Malcolma. Jest fajną postacią, mam nadzieję, że będzie pojawiać się jako narrator dużo częściej.
    Rozdziały wyraźnie się poprawiają, oby tak dalej!
    Pozdrawiam, życzę mnóstwa weny i czasu wolnego (głupia szkoła!)
    Kaja z Polskich Herosów

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za ten miły komentarz

      Staram się sprawdzać rozdziały, ale przy długich (tak jak ten) czasem mi się nie udaje wyłapać drobnych błędów. Najwięcej problemów mam z tymi ogonkami, bo czasem nie wiem, czy one są, czy nie.

      Jak na razie Ceira walczyła broniami, w których ważna jest celność. Z mieczem nie idzie jej aż tak dobrze, więc dla mnie to jest jej wada. Plus coś tam spróbuję do niej dodać złego.
      Ogólnie się potem okaże, że jej "idealność" to jednak zła cecha.

      Jesteś kolejną osobą lubiącą Malcolma. Bardzo mnie cieszy, że czytelnicy lubią nie tylko Ceirę, ale też i jego.

      Dziękuję jeszcze raz i pozdrawiam

      Usuń
  6. PS. Sorki, że mój komentarz jest lekko chaotyczny. Mam nadzieję, że go zrozumiesz. ;D
    Kaja

    OdpowiedzUsuń
  7. I kolejny rozdział za mną. Bardzo spodobał mi się ten pomysł z balem, wyobraziłam sobie Ceirę, która musiała wyglądać naprawdę zjawiskowo *.* Ta dziewczyna musi być z Malcolmem! Nie ma innej możliwości hihi
    Z jednej strony uwielbiam, a z drugiej nienawidzę takich zakończeń, jakie zastosowałaś w tym rozdziale - pozostawiło ono pewien niedosyt czytelniczy w mojej głowie, ale jest też takie intrygujące...
    Dobrze, że mam jeszcze jeden rozdział do przeczytania, bo chyba bym nie wytrzymała oczekiwania na kolejny.

    OdpowiedzUsuń