poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział VIII – Droga Wilka



Ceira

            Sprzątając pokój przy pomocy magii, wołałam Ángeles w myślach. Dopiero gdy po setnym razie znów usłyszałam ciszę, dotarło do mnie, że łasiczka uciekła przerażona… lub przypadkiem ją zabiłam. Miałam wielką nadzieję, że stało się to pierwsze.
            Czasem jednak załamywałam się stanem niektórych rzeczy. Szafa była całkowicie zniszczona i włożyłam wiele wysiłku, by magią ją odnowić.
            Nie wiedziałam, co się dzieje. Rzadko kiedy traciłam kontrolę nad magią. Ostatni raz, gdy jej używałam, omal nie umarłam, ale to się wliczało w ryzyko zawodowe i obie – i ja, i Hera – o tym wiedziałyśmy. Ale wtedy nie była aż tak potężna, jak teraz.
             Cały wieczór spędziłam na sprzątaniu. Gdy zostało mi tylko jeszcze parę rzeczy do zrobienia, by przywrócić cały domek do ładu, padłam na łóżko.
            Ángeles musiała się znaleźć. Gdyby babcia się dowiedziała… Śmierć na miejscu i zesłanie do Tartaru.
            Co się ze mną dzieje? – zaczęłam się zastanawiać. To nie był zwykły pech, czy zły dzień. Rano zaatakowałam Liz, potem wkurzyłam się na Leóna, a teraz rozwaliłam kabinę.
            Nawet w moich najgorszych snach nie myślałam, że będzie aż tak źle.
            Potrzebowałam samotności. Ale nie takiej, jaką miałam tu – w każdym momencie mógł ktoś zapukać.
            Gotowa, wilczku? – powiedział czyjś głos. Był ciepły, miły, podobny do głosu mamy.
            Na co? – zapytałam się. Odparła cisza.
            O, nie… Mogłam tylko przeczuwać, co się stanie. I zaczynałam się bać.


* * *
            Wiadomość od Annabeth musiała przestraszyć Chejrona, gdyż zalecił trening dłuższy i bardziej intensywny niż w dniach poprzednich.

            W parze z Malcolmem (miałam dziwne przeczucie, że to nie był przypadek) ćwiczyłam walkę wręcz sztyletem. Nie szło mi za dobrze – mimo wszystko moją specjalnością był łuk.
            – Skup się, Ceira – polecił syn Ateny. – Dasz radę.
            Westchnęłam. Nie umiałam się skoncentrować na niczym, tym bardziej na walce. Zastanawiałam się ciągle, gdzie jest Ángeles, na co mam być gotowa.
            Malcolm ruszył na mnie. Poruszał się szybko, ale był przewidywalny. Spokojnie go blokowałam, ale nagle wytrącił mi broń z ręki.
            – Co się dzieje? – zapytał cicho, by nikt nie usłyszał.
            – Nic – skłamałam. – Po prostu… Ja… Zastanawiam się, dlaczego Rzymianie nas atakują.
            – Nie zaatakują nas – pocieszył mnie chłopak. – Rachel i Grover przemówią im do rozsądku.
            – Nie wszystkim – odparłam. – Reyna czy Jason by odpuścili, ale nie Augustulus.
            – Kto?
            – Nikt ważny, ale dosyć szalony.
            Blondyn spojrzał na mnie podejrzliwie, po czym wrócił na swoje miejsce.
            Schyliłam się i podniosłam sztylet.
            Skup się, usłyszałam w głowie głos Zoe. Nie daj mu wygrać.
            Nie dam, odparłam. Może to lekko dziwaczne, ale zawsze, gdy przypominałam sobie słowa byłej Porucznik Łowczyń Artemidy, stosowałam się do tego.
            Pierwsza zaatakowałam i tym zaskoczyłam syna Ateny. Próbował mnie blokować, ale starałam się zmieniać co raz rytm, aby się pogubił. Po kilku minutach w lewej dłoni trzymałam sztylet, którym się posługiwał.
            – Dobrze, Nightshade – powiedział Chejron, który nagle pojawił się za mną. – Ale czasem za późno się orientujesz w sytuacji. W prawdziwej walce może cię to zgubić.
            – Nie zgubi – obiecałam, ale nie wiem komu: czy sobie, czy centaurowi. – Nic mnie nie zgubi. Nigdy.
            – Ale pamiętaj, że perfekcja również może to zrobić – zwrócił mi uwagę koordynator Obozu.


            Tuż przed obiadem, postanowiłam się przejść.
            Perfekcja też może cię zgubić – te słowa Chejrona brzmiały w mojej głowie jak echo. Dla mnie to było niemożliwe. Perfekcja oznaczała, że nie masz żadnych wad – w walce jesteś niepokonany. Jak więc mogło to kogokolwiek przywieść do zguby?
            – Ceira! – usłyszałam wołania Martiny. – Chodź!
            Jeszcze tego brakowało. Tak, lubiłam Tiny, ale dzisiaj nie miałam ochoty na spotkanie z nią.
            Ktoś złapał mnie za rękę i silnie ciągnął. Inna osoba zakryła mi oczy.
            – Co się dzieje?! – spytałam.
            – Zaraz zobaczysz – powiedziała Martina.
            Nagle zrobiło się zimno. Poczułam się, jakbym była w jakieś jaskini.
            Gdy w końcu mogłam przejrzeć na oczy, okazało się, że właśnie jesteśmy w takim miejscu. Przede mną stała Tiny, a za mną ktoś jeszcze.
            Zaczęłam płytko oddychać. Tego obawiałam się najbardziej.
            – Ceira, wiesz co to jest? – zapytała osoba za mną. Obróciłam ostrożnie głowę. To był Malcolm.
            Kiwnęłam twierdząco głową.
            – A co to jest? – spytała Martina, zwracając ku mnie swoje brązowe oczy.
            – Droga Wilka – odparłam tonem pełnym strachu. – Ale nie jest związana z Lupą.
            Nagle Tiny pobiegła przed siebie.
            – Tiny, nie! – krzyknęłam i ruszyłam za nią. Miałam nadzieję, że zdążę i wyjdziemy stamtąd, nie zaczynając Drogi.
            Myliłam się.
            Gdy złapałam Tiny, by nie biegła dalej, kamienna droga za mną zaczęła się rozpadać. Nie było możliwości ucieczki.
            Obróciłam się. Zobaczyłam, jak Malcolm szykuje się do skoku.
            – Nie! – odradziłam mu. Mój głos rozbrzmiewał silnym echem. – Nie dasz rady!
            – Nie zostawię cię samej! – odkrzyknął i spojrzał mi prosto w oczy.
            – Będziesz musiał!
            Zaszkliły mi się oczy. Wiedziałam, co mnie tam czeka.
            – Ceira… – zaczął syn Ateny, ale mu przerwałam:
            – Za parę dni się zobaczymy.
            Chłopak cofnął się, by nie spaść w dół. Coś jeszcze powiedział cicho, ale odgłos spadających kamieni spowodował, że nic nie usłyszałam.
            – Ceira, co robimy? – przypomniała o sobie Martina.
            – Idziemy tam, gdzie nas droga poprowadzi – odpowiedziałam.
            Poczułam znajome mrowienie. Jeszcze to? – pomyślałam. Zamiast obozowej koszulki i dżinsów miałam teraz na sobie ciemną sukienkę, tą samą, w którą niedawno ubrała mnie magią Nyks.
            Odwróciłam się. Złapałam Tiny za rękę i z przerażeniem ruszyłam naprzód.


            Drogę Wilka przeszłam nie raz, ale jednak się jej bałam.
Za każdym razem przebiegała inaczej. Pojawiały się nowe pułapki, a te znane zmieniały swoje miejsca. Ale przede wszystkim, została stworzona, by przejść ją w pojedynkę. Stąd też jej nazwa – twórca (jeśli jakkolwiek był) miał na myśli, że wilk jest samotny.
Idąc tędy z Tiny narażałam ją na większe niebezpieczeństwo, niż atak Rzymian.

Szybko zaczęłam żałować, że nie mam ze sobą łuku. Byłoby mi o wiele łatwiej.
Na samym początku nie napotkałyśmy pułapek. Nie wiedziałam, czy mam się cieszyć, czy się bać.
Przed postawieniem każdego kroku rozglądałam się wokoło. Jednak zamiast zauważania detali, mój umysł wolał się zająć zastanawianiem, czy Malcolmowi udało się uciec. Wierzyłam, że tak.

Doszłyśmy do dużego, okrągłego pokoju. Na środku stał stół. Biały obrus, którym był przykryty mebel, nie prześwitywał spod przeróżnych półmisków i talerzy z jedzeniem.
Pułapka! – włączył się mi alarm. Martina musiała pomyśleć to samo, bo – ku mojemu zdziwieniu – nie poruszyła się w jego kierunku.
Powoli przeszłyśmy obok stołu. Zapachowi potraw prawie nie można było się oprzeć. Szybko wyszłyśmy z komnaty. Ciemny, wąski korytarz zaprowadził nas jednak tam z powrotem.
Świetnie. Trafiłyśmy na błędne koło.


Malcolm

Stałem przed zasypaną grotą, do której razem z Tiny zaprowadziłem Ceirę.
Bałem się o nie. Szczególnie o Nightshade.
To przerażenie, z którym mówiła o Drodze Wilka, nie wskazywało na nic dobrego.
Zacząłem wątpić, że się jeszcze spotkamy. To nie było już możliwe. Gdzieś w podświadomości czułem, że się już nie zobaczymy.
To wszystko moja wina, powtarzałem w myślach, jakby to miało mnie uspokoić. Skutek był odwrotny.
Bałem się pójść teraz do Chejrona i powiedzieć mu o tym. Od razu zacząłby pytać o detale i skąd tam byłem.


– Malcolm, nie rozumiem – powiedziała Marlene przez iryfon. Jakimś cudem udało mi się wreszcie z nią połączyć. Okazało się, że jest gdzieś w Argentynie.
– Co tu można nie rozumieć? – zapytałem. – Tłumaczę ci ostatni, enty już raz: Tiny pobiegła przed siebie, Ceira za nią i wtedy zrobiła się przepaść.
Moja starsza siostra przewróciła oczami.
– A kim jest Ceira? – spytała po chwili. Dopiero wtedy się zorientowałem, że mówiłem, jakby była tu.
– Wnuczką Nyks – odparłem. – Nazywają ją Łowczynią Nocy.
Twarz dziewczyny zmarszczyła się trochę.
– Rozmawiałeś o tym z Elsą? – zapytała.
– Nie mamy z nią kontaktu – przyznałem. – Nawet nie wiemy, czy jeszcze żyje.
– Przecież Elsa jest w Nowym Jorku – poinformowała mnie. – Na Manhattanie. Ze Szczerbatkiem.
– Z kim? – zdziwiłem się.
– Nieważne – wykręciła się Marle. – Wymyśl coś. Jesteś w tym dobry. Musisz natychmiast poinformować o tym Elsę. Coś powinna wykombinować. Poza tym, to ona zna tę całą Łowczynię Nocy. Poznała ją chyba w Londynie. Bo West End jest tam, prawda?
Nie znałem odpowiedzi na jej pytanie. Nie orientowałem się, co to jest West End.
Nagle przypomniałem sobie wydarzenia sprzed kilku dni.
– Mamy nową siostrzyczkę – powiedziałem.
– Kogo? – Marlene przysunęła się bliżej i z wielkim uśmiechem patrzyła na mnie, czekając.
– Jakaś Jelena – odrzekłem. – Nazywają ją też Bethą. Ale nie pasuje zbytnio do nas.
– Dlaczego nie? – spytała dziewczyna, trochę mniej podekscytowana.
– A czy ktokolwiek z nas ma rude włosy i zielone oczy? – odpowiedziałem pytaniem. Moja siostra uniosła do góry jedną z brwi.
– Jelena… ma… rude włosy? – zdziwiła się. – Przecież one są zazwyczaj złote.
– Słucham? – zapytałem, myśląc, że się przesłyszałem. Marle jednak mnie ignorowała.
– Nigdy nie miała rudych włosów – myślała na głos. – No, chyba że… Malcolm, czy ona przybyła z Ariadną?
– Tak – wybąkałem. Nie wiedziałem, czy mogę się już zacząć bać. Głośne myślenie i urywanie zdań w połowie niezbyt często wskazywały na coś dobrego.
– Może dlatego… – kontynuowała swoje rozmyślania Marlene. – To by się zgadzało. Hm… Ale dlaczego Zeus jeszcze… A, no tak, Gaja… Ciekawe, jak tam Ann… Tato! – krzyknęła nagle. – Wracam do Obozu!
– Marlene… - zacząłem.
– Muszę już kończyć – powiedziała. – Pakowanie się i takie tam… Dobranoc!
– Marlene! – zawołałem, ale obraz iryfonu zniknął.
Świetnie. Kolejny raz z kolei Marle mnie olała, każąc kontaktować się z Elsą.
Na manualnym zegarku – prezencie od ojca – zauważyłem, że jest dopiero wpół do ósmej. Mimo wczesnej godziny byłem zmęczony. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że Marlene rzuciła na mnie jakiś czar.
Prawdę mówiąc, cieszyłem się, że zdołałem się jakoś wykręcić od podchodów. Skoro były tam Emma i Katelyn, ja nie byłem potrzebny. Dodatkowo wierzyłem, że po tym, co się stało wcześniej, nie będę w stanie skoncentrować się na walce.
Położyłem się na łóżku i zamknąłem oczy. Nie chciałem zasnąć, aczkolwiek szybko odpłynąłem w krainę snów.

Elsa weszła do jakiegoś dużego pokoju. Dół czarnej sukienki ocierał się o błyszczące panele. W prawej dłoni trzymała małą, czarną kopertówkę (w której był sztylet – jestem pewien). Paznokcie niedokładnie pomalowano jadowicie zielonym lakierem, a na powieki nałożono odcienie ów koloru.
– Co się dzieje, Emily? – zapytała zirytowana. – Och, jesteście wszyscy.
– Dwie osoby zniknęły z Obozu – oznajmiła jakaś dziewczyna, stojąca w zasięgu mojego wzroku. Miała dłuższe, sięgające za ramiona blond włosy. Wskazała na powierzchnię stołu. Znajdował się tam hologram, przedstawiający trójwymiarową mapę Obozu Herosów.
– Theo, zejdź niżej – rozkazała moja siostra. Ręce zaczęły jej drżeć.
Mapa nagle się zmieniła. Teraz ukazywała dziwny, skomplikowany labirynt, pogrążony w prawie całkowitych ciemnościach.
– Postacie! – padło kolejne polecenie z ust Elsy. Na stole pojawiły się dwie złote gwiazdki.
– Brakuje Nightshade i Tiny – powiedział jakiś chłopak ze wschodnioeuropejskim akcentem.
– Cholera – zaklęła moja siostra i uderzyła pięścią w powietrze. – Nie poradzą sobie. Nie razem! Aldrig! Jeg…
– Christia, proszę, nie mów po norweskiemu, czy po jakimś innym duńskim – poprosiła nieznana mi blondynka, kierując na siebie wzrok przyjaciółki.
– Emily, uwierz mi, wolisz, bym się wściekała po duńsku i norweskiemu – zauważyła Elsa, po czym ponownie spojrzała na mapę. – Gdybym tylko nie musiała łamać zasad tej gry, którą jest…
– I znów się bawimy w parafrazowanie „Wicked” – przerwała jej tamta dziewczyna. Moja siostra popatrzyła na nią zdziwieniem, potem na jej twarzy wystąpił uśmiech.
– Emily, jesteś genialna – powiedziała. – Ale teraz muszę lecieć – wybiegła z pokoju uradowana.

            Otworzyłem oczy. Elsa dowiedziała, co się dzieje. Ale co ona chciała zrobić?
            Usiadłem na łóżku. Musiałem o wszystkim powiedzieć Chejronowi.
            Choć ciężko to mi przyznać, o zaginięciu Ceiry i Tiny powiedziałem tylko Marlene.
            Szybko spojrzałem na zegarek. Za dziesięć ósma. Chejron był teraz zajęty monitorowaniem podchodów. Byłoby największą głupotą świata zajęcia go takim czymś.
            Ale Rachel… Ją nigdy nie fascynowała walka. Najpewniej jest teraz w Wielkim Domu.
            Szybko wstałem i wybiegłem z kabiny numer sześć jak najprędzej umiałem.

Gdy znalazłem się tuż przed tarasem, usłyszałem za pleców głos obozowej Wyroczni:
– Cześć, Malcolm! Widziałeś Ceirę?
Obróciłem się powoli. Czyżby Rachel wiedziała, co chciałem jej powiedzieć?
– Tylko się tak pytam – powiedziała dziewczyna, gdy spojrzała się na mnie. – Widziałam ją przed obiadem i od tamtego czasu jakby zapadła się pod ziemię.
Mówić, nie mówić, mówić, nie mówić, wyliczałem w myślach. Ogarnął mnie strach. Bałem się powiedzieć rudowłosej, co się stało. Mówić.
– Ceira… i Tiny… - zacząłem, unikając wzroku zielonych oczu Wyroczni. – One… Jakby ci to powiedzieć…
– Może jak najszybciej i bez jąkania? – zaproponowała.
– Weszły na… jak to było… na Drogę Wilka? – wybąkałem nieśmiało. – Tiny tam wbiegła… Ceira chciała ją powstrzymać… Wtedy jaskinia zaczęła się zawalać…
– Jaka znów jaskinia? – spytała Rachel, unosząc jedną z brwi.
– W której było wejście – odparłem. – Chciałem do nich dołączyć, ale nie zdołałbym przeskoczyć i… musiałem je zostawić.
Rudowłosa popatrzyła się na mnie podejrzliwie.
– Powiedziałeś o tym Chejronowi? – zapytała.
– Nie – odpowiedziałem. – Jedynie Marlene. A Elsa wie o wszystkim z innego źródła.
– Kim jest Elsa i Marlene? – dopytała się.
– To moje siostry. Marlene niedługo tu przyjedzie, a Elsa chyba… tak, była tu w lutym. O ile dobrze pamiętam, minęłyście się.


Ceira

Przypatrywałam się każdej z trzech dróg, którymi mogłam pójść z Tiny.
Po tym jak wyszłyśmy z błędnego koła ze stołem w roli głównej (wystarczyło zjeść wszystko, co na nim było), musiałyśmy się rozprawić z dwoma ruchomymi posągami o wysokości dwóch metrów, rozwiązać pierwszą zagadkę z serii „Zagadek Sfinksa” i znaleźć jedyną drogę ucieczki przez pogrążony w płomieniach pokój.
Ale prawdziwa „zabawa” miała dopiero się zacząć. Stałam przed statuą przestawiającą Hekate. Tylko jedna z tych dróg była właściwa. W drugiej czekała nas śmierć, a trzecią szłybyśmy szmat drogi tylko po to, by się zorientować, że to ślepy zaułek.
Bałam się wybrać. Ryzykowałam nie tylko swoim życiem, ale i życiem Martiny. I był jeszcze jeden powód.
Gdyby ktoś z zewnątrz chciał na pomóc, to było jedyne miejsce. Zostało nam mało czasu do wyboru.  Najwyżej kilka „tutejszych” minut.
Zza nas rozległ się dudniący dźwięk, jakby kroki.
Liz, pomóż, błagałam w myślach. Mało kto wiedział o Drodze Wilka i  córka Ateny należała do tych osób.
Dźwięk za nas stawał się coraz głośniejszy.
– Elisabet – szepnęłam. – Proszę, zareaguj.
W głowie wybrałam ścieżkę na prawo.
Usłyszałam głośny świst powietrza.
– Wzywałaś mnie? – zapytała Liz, która nagle pojawiła się przed nami.
– Zabierz Tiny – poprosiłam. – Ja to przeżyję.
– Doskonale wiem – odparła. – Emily przypomniała mi o tej opcji. Martina, chodź – zwróciła ręce w stronę dziecka Hekate. Dziewczynka szybko do niej podeszła. – Powodzenia.
– Nie, dziękuję, nie chcę zapeszać.
– Przyda ci się. I… przepraszam za wszystko. Już się nie spotkamy. Żegnaj.
Ona i Martina znikły, zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować.
Szybko skręciłam w prawo. Drogę powrotu zagrodziła mi kamienna ściana, która wyrosła spod ziemi.
Raz kozie śmierć, powiedziałam sobie w myślach. Czułam, jak się kurczę.
W duchu ucieszyłam się. Nareszcie… byłam znów wilkiem.


Lara

– Jak się czujesz, Clary? – spytałam siostry. Clarisse w końcu wyszła spod opieki „doktora” Solace’a, ale z ledwością przeżyła.
– A co cię to obchodzi? – burknęła wściekła.
Westchnęłam cicho. Ostatnio życie Clary nie było bajkowe – Ceira już pierwszego dnia ją pokonała, Chris z nią zerwał, a teraz omal nie umarła w starciu z gigantami. Dlatego też nie dziwiłam się jej zachowaniu. Tak przeżywała smutek, choć była zbyt dumna (jak to córka Aresa) na okazanie tego.
Lara! – usłyszałam czyjś głos w głowie. Zignorowałam go.
Clarisse wstała i wyszła z pokoju. Pobiegłam za nią. Szła prosto do kabiny numer osiem.
– Clary, co w ciebie wstąpiło? – zapytałam. – Wracamy do pokoju.
Przez brak reakcji siostry poczułam się, jakbym mówiła do ściany, mimo to nie poddawałam się:
– To nie ma sensu, cokolwiek zamierzasz zrobić. Nie możesz się mścić na całym świecie za wszystko. To po…
– Lara, zamknij się wreszcie – przerwała mi Clarisse groźnym tonem. – Nie zamierzam się na nikim mścić. Chcę się po prostu coś dowiedzieć.
– Ale… – zaczęłam.
– Powiedziałam: zamknij się – powtórzyła. Gdy stanęła przed drzwiami domku Artemidy, walnęła kilka razy w nie.
Lara! – znów usłyszałam czyjś głos w głowie. Spójrz w dół i mnie nie ignoruj!
Popatrzyłam na ziemię. Przy moich stopach kręciła się białe zwierzątko.
Nie wchodźcie tam! – ostrzegła nas łasiczka. Ceira dostała ataku furii. Zestrzeli was przy najbliższej okazji.
Słucham? – zapytałam zdziwiona w myślach i rozejrzałam się wokół. Clary zniknęła, a drzwi były otwarte.
Powoli weszłam do środka.
– Nie ma jej – oznajmiła moja siostra.
Jak to „nie ma jej”? – spytała się mnie łasica. Poczułam jej ostre pazury na ramieniu. Jeszcze wczoraj rano tu była.
Zlustrowałam całą kabinę. Nic nie wskazywało na to, że coś się stało Ceirze.
– Może poszła gdzieś trenować – powiedziałam na głos. Sekundę później zorientowałam się, że w kabinie jest obecny jej łuk i strzały.
– Kiedy ostatni raz ją widziałaś? – zapytała Clarisse.
– Chyba… wczoraj – odpowiedziałam niepewnie. Pamięć mnie zawodziła.
Miałam pewność, że Nightshade się nic nie stało – była Łowczynią Nocy, radziła sobie w każdej sytuacji.
Jednocześnie czułam, że w Obozie dzieje się coś złego od kiedy w Obozie pojawiła się Ceira, a potem León. Znikło Złote Runo, zaatakowali nas giganci, Annabeth Chase wysłała wiadomość z Tartaru (tak, tak, już wszyscy o tym wiedzieliśmy).
W mojej głowie padało ciągle jedno pytanie: co się tu dzieje?


* * *
Wieczorem przy ognisku czekaliśmy na raport Rachel. Dziewczyna wraz z Groverem rozmawiała z Reyną, przywódczynią – czy jak ją nazywają, pretorem – Rzymian.
Udało się. Rzym miał nas nie atakować, choć po minie Rachel widać było, że nie jest tego pewna.
Gdy Wyrocznia skończyła opowiadać, rozejrzałam się wokół. Ku mojemu zdziwieniu Ceira się nie pojawiła.
Zaczęłam się lekko martwić. Ale to było nic w porównaniu ze strachem „pupilki” Nightshade. Niestety, nie wyłączyła telepatii, więc wszystko słyszałam. Myślałam, że głowa mi od tego wybuchnie.
Postanowiłam, że porozmawiam z Malcolmem na ten temat. Może on o tym nie wiedział, ale wszyscy w Obozie – co prawda po cichu – mówili o tym, że się w niej zakochał. Sam był sobie winny – trochę za dużo uwagi jej poświęcał.
Ale – według córek Afrodyty – już miał rywala. Nikt poza nimi nie wiedział, kto to jest.


Idąc spać, zastanawiałam się, co się dzieje. Okay, byłam pewna, że za atakiem gigantów stoi Gaja. Ale kto chciałby ukraść Złote Runo? I po co mu ono?
Gdy się położyłam, ogarnął mnie strach. Bałam się zamknąć oczy, żeby się nie okazało, że zamykam je na zawsze.
Wiem, dosyć irracjonalne zachowanie jak na córkę Aresa.
Obóz już nie jest bezpieczny, mówił cichy głosik podświadomości. Mimo iż głośno bym się do tego nigdy nie przyznała, wydarzenia ostatnich dni przekonywały mnie o słuszności tego zdania. Gdyby było jakiekolwiek inne miejsce, w którym miałabym pewność, że potwory nie zaatakują, chętnie bym tam pojechała. Ale według moich informacji istniał tylko jeden Obóz Herosów, który zamieszkują greccy półbogowie i za bardzo nie mogłam go opuścić.
Niechętnie zamknęłam powieki i zasnęłam.


Ceira

Ocknęłam się na czymś, co wyglądało jak trawa. Moja głowa pękała, a serce waliło jak szalone.
Nie orientowałam się, gdzie jestem, ale czułam, że to już koniec. Że kolejny raz przeszłam Drogę Wilka. I że nie chcę już nigdy się tu znaleźć.
Usiadłam i zamrugałam parę razy. Nie wierzyłam w to, co widziałam.
Mimo że byłam w największej możliwej komnacie, wydawało się mi, że wcale tak nie jest. Nade mną rozpościerało się idealnie błękitne niebo z paroma, białymi chmurami blisko linii horyzontu. Miałam złudzenie, że wokół latają wielokolorowe plamki i w dodatku śpiewają, jak ptaki.
Tak, to wyglądało jak raj. Ale coś mi się tu nie podobało.
– Łowczyni – powiedział czyjś głos za mną. Obróciłam się. Na „uskoku” skalnym siedziała średniego wzrostu dziewczyna o prostych, blond włosach sięgających za ramiona. Nie patrzyła się na mnie, ale gdzieś w bok, jakby unikała mojego wzroku. Bawiła się złotą bransoletką na swojej prawej ręce, złożonej z małych skrzydełek.
– A kim ty… – zaczęłam, ale blondynka mi przerwała:
– A czy to ważne? Przecież i tak się już poznałyśmy – skierowała na mnie swoje oczy. Były duże i jasnozielone. – Ostatnio, parę dni temu, chciałaś mnie zestrzelić. Jakie szczęście, że Christia ma swoje moce.
– Kto? – zapytałam.
– Elisabet Christianna Jonsdottir, nazwiska nie muszę chyba powtarzać, prawda? – odparła. – Nasza wspólna przyjaciółka, nasza mała… Księżniczka Śniegu.
Dziewczyna zeskoczyła z uskoku. Dopiero teraz zauważyłam, że ma buty na wysokim koturnie, przez co mogła się ze mną równać.
Jak przez mgłę przypomniałam sobie ją. Przyjaciółka Liz, którą porwało… to czarne coś. Zdecydowanie wtedy nie był mój dzień.
Ale miałam z nią jeszcze jedno wspomnienie. Pierwszy raz spotkałyśmy się przed ponad rokiem, na wiosnę. Nie było to miłe spotkanie.
– Trochę straciłaś ze swojej… niewinności i perfekcji, prawda? – szyderczy ton blondynki wrócił mnie z powrotem do teraźniejszości. – Niedługo każdy się dowie, kim naprawdę jesteś.
– O co ci chodzi? – spytałam zdezorientowana. Kompletnie nie rozumiałam jej słów.
– Christia może sobie oszukiwać Petera, Theo czy nawet Zeusa – odpowiedziała – ale mnie nie oszuka. To pytanie o tatuaż… Od razu można było wyczuć, że chodzi o wydarzenia z Obozu.
Zmarszczyłam czoło. Jaki znów tatuaż? Jakie znów pytanie? I kim jest Peter i Theo?
– Znasz może łacinę? – zapytała blondynka, patrząc mi prosto w oczy. Kiwnęłam twierdząco głową. – Więc znasz znaczenie „Senatus et Populusque Romanus”?
Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć. Oczywiście, że wiedziałam, co znaczy sformułowanie podane przez nią, ale z drugiej strony czułam, że to pułapka.
– Brniemy dalej w kłamstwa? Nieładnie – zaczęła cmokać i zaczęła wędrować po komnacie. – A czy nazwiska Reyna Ramirez i Jason Grace coś ci mówią? – kolejny raz nie wypowiedziałam ani słowa. – Doprowadzasz mnie do szału tym swoim milczeniem. Nie lubię, jak ludzie mnie – zrobiła krótką pauzę, obracając się w moją stronę – ignorują.
– Albo jak cię demaskują? – dodałam. – Wiem, że wtedy próbowałaś mnie zlikwidować. Wiedziałaś, że nie tylko Percy Jackson się okaże zagrożeniem, ale i ja.
Dziewczyna zmrużyła oczy, a następnie posłała mi mordercze spojrzenie.
– Pracowałaś dla Kronosa – kontynuowałam. – Elisabet oczywiście o tym nie wie, prawda? A pomyślałaś o tym, że gdy atakowaliście Olimp, ona tam była?
– Tak, na pewno – nie wierzyła mi. – Gdyby wtedy była na Olimpie, nie pozwoliłaby Jacksonowi być bohaterem całego świata...
– Szczególnie, że jest od niego o cały miesiąc młodsza – wtrąciłam.
– Że co?! – zdziwiła się blondynka.
– Nie wiedziałaś? – udawałam zmartwioną. – To dziwne, że twoja psiapsiółka ci nie powiedziała, że urodziła się dwudziestego września w Oslo, prawda? Może dlatego, że… ci nie ufała? – I wtedy włączyła mi się czerwona lampka w głowie. – Jak ty się tu dostałaś?
– Są łatwiejsze sposoby na pokonanie Drogi Wilka – odparła. – I dodatkowo szybsze. Co ciekawe, nawet Christia o nich nie wie.
Cały czas to mówiąc, bawiła się bransoletką. Złote skrzydła… Skąd ja to znam?
Nagle dziewczyna przypadkowo obróciła biżuterię wokół nadgarstka. Zauważyłam dwie, małe, złote litery – „N” i „V”. Od razu skojarzyłam tą drugą z imieniem rzymskiej bogini – Victorią.
– Czego chcesz? – zapytałam jej.
– Nareszcie przechodzimy do rzeczy, co? – uśmiechnęła się szyderczo. – Opuść Obóz.
– Co? – zdziwiłam się, nie dowierzając własnym uszom.
– Opuść Obóz – powtórzyła. – A odchodząc, powiedz wszystkim, kim jesteś naprawdę.
– I dodatkowo mam pozwolić, by potwory mnie jak najszybciej zabiły – powiedziałam. – Masz mnie za idiotkę?
– Nie, skąd – stwierdził ironicznie. – Jesteś nietykalna przez… a, niech będzie moja strata… będziesz nietykalna do swoich urodzin. Jedynie opuść Obóz i nigdy, ale to przenigdy tam nie wracaj. Umowa stoi?
Gdyby nie zdecydowany i poważny ton jej głosu, a także jej dumne spojrzenie, pomyślałabym, że żartuje. Nigdy bym się na coś takiego nie zgodziła – nie taki był plan mojego działania.
– Nie ma żadnej umowy – odmówiłam. – Mów sobie, co chcesz, ale ja się na to nie zgodzę. Miej za sobą wszelkich zbuntowanych bogów i Gaję, ale ja ci i tak odmówię. Wiesz, nie po to się męczyłam prawie cały poprzedni rok, by teraz zniszczyć to przez beznadziejną umowę z ukrytym szpiegiem.
 Blondynka zmierzyła mnie spojrzeniem. Nie wiadomo skąd w jej ręku pokazał się dwuręczny, czarny miecz.
Kątem oka zauważyłam, jak na środku komnaty pojawia się przezroczysta platforma o słabej, jasnej poświacie.
– Pożałujesz tego – zagroziła mi dziewczyna i rzuciła się w moją stronę. W tej samej sekundzie ja ruszyłam, by wskoczyć na platformę. Udało mi się to w ostatniej chwili, zanim dosięgło mnie ostrze. Zamknęłam oczy, na platformie wznosząc się w górę.


* * *
Elisabet trzasnęła drzwiami do swojego pokoju. Usiadła na obrotowym krześle i zaczęła się kręcić.
To nie jest możliwe, powtarzała sobie w myślach. Przedwczoraj był jej najgorszy wypad na Broadway w wiekach. I w dodatku kto ją zaprosił? Ta zdrajczyni bogów, Ivette.
Ale to było nic w porównaniu z tym, co usłyszała.
Elsa przestała się kręcić i podjechała do biurka, na którym stały dwie szafki, tworzące swe lustrzane odbicia. Otworzyła drzwiczki i podniosła się z fotela.
Do wewnętrznej strony szafek poprzyklejano taśmą kartki ze zdjęciami, imionami i podejrzeniami.
Christianna nauczyła się jednego od Łowczyni Nocy – nigdy nie ufaj do końca swoim przyjaciołom. Szczególnie to się okazało ważne, gdy Hans przeszedł na stronę Luke’a Castellana.
Wzięła pierwszy z brzegu długopis z biurka i do kartki zatytułowanej Emily dopisała „zniknięcie Złotego Runa”. To samo napisała na dokumentach przedstawiających Etienne’a i Juanę.
Według Ivette to ta trójka była odpowiedzialna za zniknięcie bariery ochronnej Obozu Herosów i otrucie Sosny Thalii.
Norweżka opadła na krzesło i schowała twarz w dłoniach. Bała się przyznać przed samą sobą, że to może być prawda; że Ivette nadal pozostaje jej przyjaciółką i chce ją chronić.
Schowany w szufladzie tablet zawibrował. Dziewczyna niechętnie go wzięła i odblokowała.
Serena, odczytała z ekranu. Nacisnęła czerwony przycisk, odrzucający połączenie.
Teraz nie miała czasu na rozmowy.
Zamknęła szafki na górze. Na tablecie szybko wystukała wiadomość do Sereny.

Przykro mi, nie mogę teraz rozmawiać. Zadzwoń później i pozdrów Astrid.

Potem wyłączyła i schowała urządzenie. Gdyby ojciec się dowiedział, że je ma, miałaby poważne kłopoty.
Wyszła z pokoju, zamykając drzwi na klucz. Szczerbatek leżał na balkonie. Podeszła do niego.
– Polatamy sobie? – zapytała cicho. Smok natychmiast się poruszył. Wsiadła na jego grzbiet, a stworzenie wzbiło się w powietrze.

____________________________________
I jakoś się mi udało skończyć ten rozdział. Ciężko było (szczególnie PoV Ceiry), ale się udało.

 A teraz parę słów wyjaśnienia:
Tak, Rachel i Grover mogli wyjść poza granicę Obozu. Bariera stworzona przez Liz działa jedynie na półbogów i potwory (w tym gigantów) i nie działa na to, co się dzieje pod ziemią (więc można się przekopać pod Sosną Thalii i spokojnie wejść do Obozu.

Dla ciekawskich – Elsa mówiła po duńsku.

Gdzieś wcześniej, przy odpowiedzi na komentarz, zobowiązałam się do udzielenia odpowiedzi na pytania nt. Liz, które wcześniej Wam zadałam. No, to jedziemy:
  1. Tak, Liz jest po części wzorowana na Elsie z "Frozen". To było za łatwe...
  2. Tak, jak Ceira powiedziała powyżej, Liz urodziła się w Oslo, które najpierw nazywało się... Oslo, ale potem jakiś tam król zmienił jego nazwę (na swoją cześć) na Christianię (tak więc, drugie imię Liz jest błędnie zapisaną nazwą ów miasta). Wiele lat później, gdy odbudowano miasto po pożarze, ponownie nazwano je Oslo.
  3. Kto by zgadł, że to śnieżki, o których była mowa w poprzednim rozdziale?
  4.  I tu też wszyscy trafili – Liz i Hans byli parą. Spoilerując, po porażce Kronosa, Liz schwytała Hansa i wykonując wyrok bogów – musiała go zabić.

Kolejny rozdział spróbuję napisać i dodać, jak najszybciej będę umiała. Jak na razie płaczę po porażce Argentyny (nie przypadkiem mam flagę na paznokciach), przebywając na wyspie Berk (tak od 20.06, godz. 13:30, jeśli ktoś ciekaw).
Miłych wakacji!


PS: Czy chcecie przeczytać moje opowiadanie, które zgłosiłam na zakończony już konkurs?
PS2: Gdybyście mieli wybór, kogo byście uśmiercili z tego opowiadania? Niby mam w głowie plan, jak to się wszystko ma toczyć, ale kogoś tam pouśmiercać mogę.

8 komentarzy:

  1. Mi przypadł zaszczyt pisania pierwszego koma xD Ten rozdział jest genialny ,boski itp. :) Czekam na ciąg dalszy tak mi też jest szkoda Argentyny :'( Kogo uśmiercić ?? Moim zdaniem Larę (popłaczę sobie trochę xD) I tak chcemy przeczytać (piszę w imieniu wszystkich fanów) twoje opowiadanie na konkurs :D Życzę duuuużo weny od Apolla ;)
    ~LoLa
    P.S. Zapraszam wszystkich na mojego bloga
    http://nietypowiherosi.blogspot.com/ z góry dzięki :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za tak miły komentarz.

      Uśmiercić Larę? Może w drugiej części. W pierwszej zginie na pewno León.
      To dziwne, bo gdy zastanawiałam się, kogo zabić w drugiej części, nie pomyślałam o Larze. Ale teraz spróbuję o tym pomyśleć.

      Jak widzę, że już są dwa komentarze, to już mam lekki pomysł, co dalej.
      Pierwsza część będzie mieć co najwyżej 20 rozdziałów + epilog. Czyli niedużo mi zostało.

      Tak właściwie, dla mnie Apollem jesteście Wy, czytelnicy. Szczególnie przy Księżniczce Śniegu (rozdział piaty) było to widoczne u mnie - po Waszych komentarzach pod poprzednim rozdziałem, w dwa dni napisałam kolejny.

      Ostrzegam jedynie, że opowiadanie na konkurs było całkowicie autorskie i nijak związane z grecką mitologią (okay, tylko jedna nazwa, ale tu chodziło o coś innego).

      Pozdrawiam z wyspy Berk.


      PS:
      Gdy tylko tablet przestanie mi wariować, chętnie poczytam Twojego bloga.

      Usuń
  2. Tylko tak na początek, bo mnie to lekko irytuje – zaimek wskazujący ów odmienia się zarówno przez przypadki, jak i przez rodzaje ^^. Pewnie zauważyłam więcej błędów, ale ten szczególnie rzucił mi się w oczy… Śpiąca jestem, więc czepiać się nie będę, a niech stracę.
    Odpowiadając od razu na Twoje pytanie, żebym nie zapomniała – zabiłabym chyba Elisabet (wybacz, ale wciąż mnie nie przekonuje…). I może Martinę, o. Albo najchętniej wszystkich ^^ (ale to nieprawda, co o mnie mówią, nie jestem wcale okrutna).
    Tak sobie pomyślałam, że w gruncie rzeczy Ceira i Malcolm mogliby do siebie pasować. Tego drugiego było w Percy’m (OH nie czytałam, więc nie wiem) tyle, co kot napłakał, więc w sumie fajnie, że o nim piszesz. A Ceira zrobiła już krok (albo i nawet kilka, ale co ja mogę o tym wiedzieć) od bycia Mary Sue – więc jest dobrze. Elisabet, jak już wspomniałam, dalej mnie nie przekonuje… Ale Emily jest super, więcej jej poproszę. Chyba po prostu tak już mam, że lubię takie postacie jak ona. Bywa. I Marlene nawet mi się spodobała – mam nadzieję, że to się nie zmieni.
    A z tą drogą wilka to ciekawy pomysł, przyznaję. Sama bym chyba czegoś takiego nie wymyśliła (no hm). I fajnie wyszedł Ci PoV Ceiry, to też trzeba dodać – wyjątkowo dobrze mi się go czytało. Generalnie ten rozdział mnie zadowala… a możesz mi wierzyć, że jestem wybredna, wymagająca i tak dalej. Tak więc plusik dla Ciebie.
    A perfekcjonizm jest okropny, wiem z własnego doświadczenia (ponoć sama jestem perfekcjonistką, potwierdzają enneagramowe testy i osoby, które mnie znają).
    Tak nieco z innej beczki - ja dla odmiany kibicowałam Niemcom, ponieważ: a) świetnie grają, b) ogólnie lubię ten kraj, c) mam awersję do gwiazdek typu Messi (ponoć podczas dekoracji medalowych udowodnił, że nie potrafi przegrywać – nie wiem, bo nie oglądałam, ale siostra mi powiedziała, a jej raczej ufam). I się cieszę, że moja ulubiona drużyna (nie kibicuję im tylko wtedy, kiedy grają z Polską) została Mistrzem Świata.
    Życzę weny i miłego wypoczynku w czasie wakacji – myślę, że się przyda.
    Amnezja

    PS pod ostatnim rozdziałem na przepowiedni pytałaś mnie, czy przypadkiem przed no nie powinien stać przecinek – skontaktowałam się w tej sprawie z polonistką, która stwierdziła, że przecinek nie jest tam ani potrzebny, ani wskazany (jeśli masz ochotę, mogę Ci jeszcze dorzucić uzasadnienie). Ale jeszcze raz dzięki, że zwracasz uwagę na takie rzeczy, dzięki temu i ja się czegoś dzisiaj dowiedziałam.
    PPS Duński jest fajny, ale bardziej polecam niderlandzki. Polewczy jak jasny gwint.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za tak długi komentarz i wytykanie błędów.

      Trochę ludzi umrze. Nie byłabym sobą, gdybym tak nie zrobiła. Nad Martiną, tak jak nad Larą, się zastanowię.

      Bardziej poznasz Elisabet w drugiej części, więc może wtedy przekona Cię ona do siebie. Jeśli nie – trudno. Nie musisz lubić wszystkich bohaterów.

      Marlene pojawi się w najbliższym czasie, natomiast Emily będzie więcej z drugiej części, choć nie wykluczam, że w kolejnym rozdziale pojawi się na końcu. Chyba specjalnie napiszę OS o spotkaniu jej i Ceiry (jeśli coś mi przyjdzie do głowy).

      PoV Ceiry pisało się najciężej, ale to dlatego, że to ona może tylko pokazać, na czym polega Droga Wilka. Ale do końcowego etapu - w mojej wyobraźni wygląda to niesamowicie i opis nie oddaje mojej wizji.

      Cieszę się, że rozdział Ci się podoba. Pisząc każdy rozdział, chcę, aby się podobał Wam, czytelnikom.

      Co do perfekcji - mam na tablecie angielską wersję "Znaku Ateny" i tam Ann wylicza, że Jason jest zbyt perfekcyjny. Można powiedzieć, że Ceira jest dosyć do niego podobna.

      Po duńsku dopiero uczę się czytać, a wszelki znaczenia słów biorę z tłumaczeń (na anglika) duńskich piosenek... Natomiast ojczysty język Willemijn Verkaik (niderlandzkiej i niemieckiej Elsy dla ciekawości, choć w Niemczech ona tylko śpiewa... zobacz jej wersję "Defying gravity" w trzech językach) za bardzo jest dla mnie dziwny (przy francuskim, arabskim, greckim, fińskim, węgierskim i azjatyckimi oprócz japońskiego) i - prawdę mówiąc - jakoś nie mogę go ogarnąć chociaż w czytaniu. Ale i tak zamierzam się go nauczyć tuż po tym, jak się nauczę duńskiego (ich "l" jest zabójcze).

      Argentynie kibicowałam tylko dlatego, że to Argentyna. Dopiero na tym mundialu się dowiedziałam, że Messi to Argentyńczyk (myślałam, ze pochodzi z Brazylii... cóż, wielką fanką futbolu nie jestem). W dodatku zepsuł tyle okazji w tym meczu, że niezbyt za nim przepadam.

      Co do tego przecinka - napisałam, że tylko tak mi się zdaje. Mi nigdy poloniści (obecny wychowawca, i to w wieku mojego brata... tak samo jak wychowawczyni w podstawówce... kompletnie nie wiem, jak go traktować) o czymś takim nie wspominali. Może dlatego, że wolałam bardziej formalny styl.

      Dzięki za życzenia. W zamian masz pozdrowienia z wyspy Berk
      Nike

      PS:
      Wiem, że może trochę chaotycznie, ale to okienko na komentarz jest na serio malutkie.

      Usuń
    2. Najlepiej zabić wszystkich, haha, będzie najprościej. Oczywiście żartuję, ale też (c’nie?) lubię zabijać swoich bohaterów. Jakoś tak.
      Może akurat, taką mam nadzieję – ale jeśli nie to trudno, przecież nie przestanę czytać Twojego opowiadania tylko dlatego, że nie podoba mi się jedna postać, bez przesady. Równie dobrze mogłabym przestać pisać przepowiednię, bo dużo jest tam bohaterów, których darzę szczerą antypatią.
      OS? Hm, całkiem niezły pomysł. Popieram (i chyba sama niedługo coś takiego napiszę, jak się okaże, że muszę drastycznie obciąć liczbę rozdziałów).
      Nie znam się na duńskiej fonetyce, ale jeśli jest podobna do szwedzkiej to nie pozdrawiam. Uczyłam się szwedzkiego przez jakiś czas i poległam właśnie na fonetyce, o geez. Willemijn Verkaik znam, słuchałam Let It Go w jej wykonaniu (po niderlandzku i niemiecku), a niderlandzkiego… może nie tyle się uczyłam, co byłam w Holandii na wymianie i mój kolega nauczył mnie paru słów (+ słucham trochę zespołu, który wykonuje piosenki właśnie po niderlandzku)… i z tego, co pamiętam, dzień dobry wymawia się hujedah czy jakoś podobnie. Ale niektóre dźwięki mega trudne do artykulacji, ponownie nie pozdrawiam.
      A propos Let It Go - pewnie znasz francuską wersję, no nie? Czy tylko mnie denerwuje głos tej kobiety?
      To ja myślałam, że Ronaldo jest z Hiszpanii, a on, zdaje się, z Portugalii… też, jak widać, jestem mega zainteresowana, ale jednak czasami lubię sobie na pięć minut usiąść przed telewizorem (wrodzone ADHD nie pozwala mi na więcej) i pooglądać, jak sobie biegają za piłką, to słodkie.
      I ja się oczywiście nie czepiam (jeśli tak zabrzmiało to przepraszam, miałam zupełnie inne intencje), bo sama nie wiedziałam, czy na pewno dobrze napisałam – tylko tak informuję, może kiedyś Ci się przyda. Ogólnie polski jest trudny, więc się nie dziwię, że takie niuanse sprawiają problemy. Ja miałam w szkole ogólne podstawy interpunkcji, ale takie detale… czasami można się wręcz pokłócić o to, czy przecinek powinien być, czy nie.
      Za pozdrowienia dziękuję, również pozdrawiam
      Amnezja

      PS wiem, znam ten ból, dlatego na ogół komentarze wpisuję w Wordzie, choć tam często zdarza mi się zapominać o kodzie na kursywę i piszę normalnie, a później się dziwię, że coś jest nie tak z zapisem. Ale ja też piszę chaotycznie, więc nawet mi to nie przeszkadza.
      PPS a propos języków – jak dla mnie hardcorowy jest jeszcze fiński. Jeśli chcesz, posłuchaj sobie tego, brzmi dosyć… ciekawie. Ale całkiem fajna piosenka.

      Usuń
    3. Nie, wszystkich nie zabiję... Epilog drugiej części będzie z PoV Annabeth i ona musi mieć o kimś opowiadać. O zmianie w charakterze po śmierci kogoś bliskiego. Kilka (czyt. Większość) bohaterów zamorduję, o to się nie bój (nadal się zastanawiam, kogo mam dodać do listy).

      Duński jest podobny do szwedzkiego, tak samo do norweskiego i islandzkiego (o, ten ostatni to kolejny dziwny język). Dla mnie duński i norweski jest w miarę prosty do wymowy (jeśli uczyłaś się niemieckiego, to masz z górki), ale akcent jest nie do pobicia.

      Co do "Let it go" - pi razy drzwi rozróżniam wszystkie wersje. Gdybym miła robić ranking, to francuska ok. 20. miejsca - nie zachwyca mnie tak, jak inne, ale i tak jest lepsza od wietnamskiej i brazylijskiej (dostaję czegoś, gdy tylko je słyszę). Mi bardziej spodobała się popowa wersja, ale i tak lepsze są japońska i malezyjska.

      Ronaldo jest Portugalczykiem, ale tak, długo myślałam, że jest Hiszpanem. Ze wszystkich meczy mundialu tylko finał zobaczyłam w całości (reszta to były kawałki, jak skakałam po kanałach lub skróty we wiadomościach). Jedynie za tenisem ziemnym bardziej przepadam i muszę kiedyś wyciągnąć mojego ojca (nauczyciela wf-u) na orlikowy kort.

      Nie, nie odebrałam Twojego komentarza, że się czepiasz o przecinek. Jak zwykle – ja chcę napisać jedno, a wychodzi drugie… Prawdę mówiąc, podziwiam wszystkich polonistów, że tak się wyuczyli tych zasad. Nie przypadkiem polski jest uznawany za najcięższy język świata do nauczenia.

      Piosenka jest śliczna i dzięki za link.

      Pozdrawiam z wyspy Berk
      Nike

      Usuń
  3. Wracam z nad morza a tu nowy rozdział :D.
    Piszesz świetnie!
    PoV Ceiry Ci się naprawdę udał.
    Mam nadzieje że w najbliższym czasie dodasz nowy rozdział.
    Jeśli chodzi o zabijanie to uśmierć Malcolma i to najlepiej z winy Ceiry - tak żeby się obwiniała :D.
    Pozdrawiam i życzę weny :*.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miły komentarz.

      Dziewczyno, można powiedzieć, że "prawie" czytasz mi w myślach.
      Właśnie zastanawiałam się, żeby zabić któreś z pary Malcolm-Ceira, a drugie się po tym załamie i będzie się obwiniało, ale nadal się zastanawiam, czy to dobry pomysł. Chyba zrobię ankietę osób, nad którymi się zastanawiam, lub coś w tym rodzaju i zobaczę.

      Z przykrością informuję, że mam pomysł tylko na pierwszą część. Chyba znów potrzebuje rozmów i tworzenia na fb z Ośmiorniczką.

      Wzajemnie życzę weny.
      Pozdrawiam z wyspy Berk!

      Usuń