środa, 27 sierpnia 2014

Opowiadanie na konkurs - Skarb

    Emma Moritz przyglądała się uważnie każdemu, nawet najmniejszemu gestowi swojego gościa. Sam wygląd młodej Szépy Karoman – ciemne, prawie czarne włosy, duże zielone oczy, delikatne rysy twarzy – wzbudzał podejrzliwość Austriaczki, wzmocnioną powodem wizyty – dziewczyna miała pisać jej biografię.
    – A więc – zaczęła brunetka – co spowodowało, że pani przyjaźń z Charlotte Eriksdottir została przerwana?
    Ach, oczywiście, pomyślała ze złością Emma, jednak wyraz jej szarych oczu został taki sam. Żeby tylko wiedziała, jaką jędzą jest Charlotte.
    Zamknęła oczy i myślami przeniosła się ponad osiemdziesiąt lat wstecz, do roku tysiąc osiemset osiemnastego.

* * *

    – Emma, jesteś pewna, że ta mapa nie jest fałszywa? – zapytała z duńskim akcentem trzydziestoletnia kobieta o jasnych włosach ułożonych w kok. W lewej dłoni trzymała pochodnię.
    – Oczywiście, że tak, Charlotte – odparła jej po niemiecku młodsza o dwa lata szatynka po jej lewicy, szarymi oczami obserwując stary plan podziemnych korytarzy. – Jesteśmy bardzo blisko.
    Dalej szły w milczeniu. Nietoperze śpiące we wnękach natychmiast odlatywały na dźwięk kroków obu czarownic.
    – Zaraz będzie rozdroże i musimy skręcić tam w lewo – powiedziała Emma. Po paru chwilach okazało się, że ma rację.
    Szatynka natychmiast skierowała się w lewo.
    – Emma, uważaj! – krzyknęła Charlotte, łapiąc przyjaciółkę za ramię i ciągnąc ją do tyłu. W miejscu, gdzie przed chwilą stała Austriaczka, leżały teraz kawałki kamiennego stropu.
    – Mogłam się domyślić, że będą pułapki – mruknęła pod nosem szarooka. – Przecież to oczywiste, że jakoś trzeba chronić skarb.
    Tymczasem Dunka wysłała w głąb korytarza zaklęcie odkrywające.
    – Nie wierzę, że było tylko jedna – rzekła, nie usłyszawszy nic. Ledwo to wypowiedziała, a z korytarza zaczęło wylatywać wataha nieznanych jej stworzeń – duże ciemne ptaki o rozłożystych skrzydłach i długich ostrych dziobach.
   Instynktownie kobiety uchyliły się przed nadlatującymi potworami. Zwierzęta wpadły na kamienną ścianę i rozpadły się w pył.
    Pierwsza wstała blondynka i zdjęła z pleców łuk, a następnie wyczarowała strzałę i naciągnęła ją.
   – Teraz to już chyba koniec – uznała, po czym ruszyła w głąb nieznanego jej korytarza, zostawiając na podłodze wypalającą się pochodnię. Na ścianach zapłonęły same z siebie płomyki niebieskiego ognia.
   Emma powoli dźwignęła się z podłogi i trzymając w jednej ręce mapę, a w drugiej pozłacany miecz, z pewnymi obawami ruszyła za przyjaciółką.

    Charlotte stanęła przed ogromnymi wrotami z czarnego marmuru. Wiedziała, że sama ich nie otworzy.
   Wzięła głęboki wdech i poczuła zapach zaczarowanego złota zza drzwi. Zła wróżba. Skarb musiał być przeklęty lub przesiąknięty czarną magią, stosowaną przez dawnego właściciela. A dokładniej właścicielkę – według wszystkich znanych Dunce źródeł, swój majątek ukryła tu żyjąca w dwunastym wieku Anne-Marguerite de Ponthieu, znana wśród czarodziei ze swojego niezbyt moralnego stylu życia i torturowania swoich wrogów. Czarna magia wchodziła tu w grę i Charlotte nie miała co do tego żadnych wątpliwości.
    U jej boku stanęła Emma.
   – Otwieramy? – zapytała. Dunka kiwnęła twierdząco głową i obie podeszły do marmurowych wrót i zaczęły je pchać. Ku ich zdziwieniu, te po chwili otworzyły się na oścież.
   Kobiety weszły do środka. Ozdobioną mozaikami posadzkę prawie w całości pokrywały najróżniejsze drogocenne przedmioty – złote i srebrne kielichy wysadzane drogocennymi kamieniami, zastawa z cennych metali, setki sztuk biżuterii stworzonych z różnych kosztownych materiałów. Gdzieniegdzie znajdowały się też duże rubiny, szmaragdy, diamenty.
   Błękitnoszare oczy Dunki wyrażały zdziwienie aż taką liczbą rzeczy, które wchodziły w skład skarbu Anne-Marguerite. Wielokrotnie go sobie wyobrażała, ale nie przypuszczała aż takiego ogromu.
    Smok, zawołał nagle jej umysł. Taki skarb musiał przyciągnąć tu smoka.
    – Charlotte, czy ty to widzisz? – zapytała Emma. – Mogłybyśmy to między sobą podzielić i żyć z tego do końca świata.
    – Nie, Emmo – odparła jej blondynka. – Musimy oddać ten skarb dla Zakonu. Bogactwo jest ważne, ale tylko wtedy, gdy masz władzę.
    – Ale my już mamy władzę – zauważyła Austriaczka. – To my ustanowiłyśmy nowy porządek świata. To my jesteśmy teraz najważniejszymi czarodziejkami w Europie.
   – Nie mamy jeszcze pełni władzy, Emmo. Gdy oddamy ten skarb Zakonowi, zdobędziemy ją. Nikt w Europie się już nam nie sprzeciwi, jeżeli wszyscy będą wiedzieć, że władamy Zakonem.
    – Jak tam chcesz – syknęła przez zęby szatynka. – Ale ja swoją część biorę.
   – Zwariowałaś? – Charlotte złapała mocno za nadgarstek przyjaciółki. – Ne czujesz tego? Skarb jest przeklęty, przesiąkł czarną magią Anne-Marguerite. I dam sobie uciąć głowę, że znajduje się tu smok.
    – Ty się ich boisz – powiedziała szarooka, wyrywając nadgarstek z zaciśniętych rąk Dunki i odsuwając się od niej.
    – Słucham?
    – Ty się boisz ksieni. Ty się boisz Zakonu. Jesteś zwyczajnym tchórzem. Tak jak wszyscy inni Duńczycy.
    Charlotte wyprostowała się i wykorzystując swoja przewagę wzrostu, spojrzała z góry na Emmę.
    – To co ja mam powiedzieć o kobiecie, która zdradziła własny kraj? – zapytała.
    – Co masz na myśli? – odparła pytaniem zdziwiona szatynka.
    – Myślałaś, że się nie dowiem? Nie pochodzisz z Austrii. Jesteś Niemką, która zdradziła swojego władcę dla przychylności cesarza.
    W odpowiedzi szarooka zaczęła rzucać w nią zaklęciami. Blondynka jednak z łatwością ich unikała.
    – Nie boję się ksieni – rzekła Dunka, śląc w stronę dawnej przyjaciółki potężne zaklęcia bitewne. – Tuż zanim wyruszyłyśmy, dostałam wiadomość, że Carla umarła. Teraz to ja jestem ksienią.
    Emma zastygła na moment w bezruchu. Nie wiedziała, że Carla nie żyje. Miała sentyment do zmarłej czarownicy – w końcu ta nauczyła ją wszystkiego.
    – Ja, Charlotte Maria Liv Eriksdottir Østergaard – zaczęła formułę blondynka – wielka ksieni Zakonu Ateny, odbieram tobie, Emmelie Anastasii Moritz, godność należenia do tego stowarzyszenia.
    Szatynka została odrzucona do tyłu, prosto na przeklęty skarb Anne-Marguerite.

* * *

    – Co się stało ze skarbem? – zapytała Szépa Karoman. Emma wzięła na bok swoje kawowe włosy z licznymi szarymi pasmami do tyłu.
    – Dostał go Zakon – odparła kobieta. – Dwadzieścia lat później, gdy Zakon został rozwiązany, nie znaleźliśmy niesłusznie zagarniętego majątku Anne-Marguerite de Ponthieu, mimo pieczołowitego przeszukiwania wszystkich twierdzy.
    – Czyli skarb nie został na swoim miejscu, tak jak się pani starała? – zadała kolejne pytanie brunetka. – Mam rozumieć, że Charlotte Eriksdottir nie przestraszyła się ciążącej na nim klątwy i go wzięła?
    – Tak – odpowiedziała Moritz. – Charlotte nie brała pod uwagę moich usilnych próśb, by go nie dotykać. To ona mnie zaatakowała i nazwała mnie tchórzem i zdrajcą.
    – Na dziś dziękuję – powiedziała Węgierka. – Sądzę, że jest pani wielce zmęczona. Czy mogłabym przyjść za tydzień?
    – Nie jestem tego pewna – odrzekła Emma. – Moja pamięć jest już słaba. Ale od tego momentu dużo pamięta o mnie moja córka, Clare. Radzę rozmawiać teraz z nią.
     – Och, dziękuję – odparła dziewczyna. – Do widzenia – pożegnała się i wyszła.
    Emmelie wstała z wygodnego fotela i długim korytarzem doszła do części mieszkalnej swojego salzburskiego pałacu, gdzie – jak na razie – mieszkała sama.
    Z zewnątrz dobiegły ją okrzyki radości. Właśnie zaczęło się nowe stulecie, dwudziesty wiek. Oznaczało to, że dziś kończy sto jedenaście lat.
    Gdy szła w górę, na klatce schodowej pojawiały się złote rzeczy.
    Co się dzieje? – zdziwiła się. Ale gdy weszła do swojej sypialni, myślała, że dostanie zawału serca.
   Cały pokój był zapełniony najróżniejszymi, drogocennymi rzeczami. Niektóre z nich rozpoznawała – dawniej należały do Anne-Marguerite.
    W jej ręce pojawiła się złożona karteczka. Kobieta szybko ją rozłożyła i gdy przeczytała, nie dowierzała, że wiadomość została napisana ręką jej dawnej przyjaciółki.

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
Nowy wiek to chyba czas, by się pogodzić.
Zgodnie z umową – oto Twoja połowa skarbu Anne-Marguerite.
Twoja przyjaciółka Charlotte Maria Eriksdottir

* * *

    Charlotte Eriksdottir siedziała przed lustrem, znajdującym się na dużym balkonie. Delikatnie rozczesywała swoje jasne włosy.
    Od tysiąc osiemset osiemnastego roku nie zestarzała się. Nadal wyglądała na trzydziestoletnią kobietę.
    Emma Moritz niedługo umrze – była tego pewna. Specjalnie wysłała jej jeszcze nietkniętą – a przez to nadal przeklętą – połowę skarbu, by to się stało.
    Na swoja część miała teraz idealny widok. Nikt go tu nie znajdzie – a nawet jeśli, to go nie ukradnie. Pod sufitem krążyły wyszkolone przez Dunkę smoki, które objęła zaklęciem niewidzialności.
   – Pani – usłyszała głos Henrika, swojego kamerdynera. – Wszystko przygotowane. Na co jeszcze czekamy?
    – Nie powinno cię to obchodzić – odparła zimnym głosem Charlotte. – Odejdź.
   Sala, w której schowano skarb Anne-Marguerite była gotowa na to, by pochować tam dwie dawne przyjaciółki – Eriksdottir i Moritz.
    Ale się Liechtenstein zdziwi, jak się dowie, zaśmiała się w myślach czarownica. Znienawidzona przez nich czarownica i ja, ta przez nich ukochana pochowane razem na jednej ziemi.
   Z kieszeni płaszcza wyjęła ampułkę z trucizną i uważnie obserwowała szklaną kulę, w której widziała Emmę.
    Może i się pokłóciły i walczyły o władzę, ale to nadal była jej przyjaciółka. Chciała umrzeć w tym samym momencie, co ona, by związać swój los z jej.
    Postanowiła czekać na śmierć Emmelie. Miała na to całą wieczność.

________________________________________
    To opowiadanie zgłosiłam na zakończony w czerwcu konkurs. Nie zostało ono nawet wyróżnione, ale jakoś to przeżyłam.
    Przepraszam na akapity zrobione spacją, ale oryginalne się nie zachowały z niewiadomego mi powodu.

    Wszelkie błędy proszę mi wytykać, nie obrażę się. Nie jestem przecież idealna.
    Mimo że to nie jest rozdział o Ceirze, i tak mam dedyk.

    To opowiadanie dedykuję Wam, wszystkim moim czytelnikom.
    I tym znanym mi, jak (w kolejności losowej): Lagerka, Amnezja, Tynta, Leilla, Bella, Chocki Locki, Lola, Sheila, alinka, Pola, Diana, Sherlock, LeeYum; i wszelkim Anonimom, a także wszystkim czytelnikom, którzy czytają, a nie komentują.
    (Może dedyk trochę spontaniczny, ale tak się cieszę, od kiedy widzę, że liczba wyświetleń przekroczyła 9000... I mogę śmiało powiedzieć, że czyta mnie kawałek świata. Mam regularnie wyświetlenia (i pomijam tu Europę) z np. Kenii, Indonezji, Malezji i USA. Połowa wyszukiwań zaś dotyczy... HTTYD! Proszę się więc nie dziwić, że ciągle dopisuję, że macie pozdrowienia z Berk/od Szczerbatka)

    Informuję też, że rozdział kolejny się pisze. Jeszcze dwa po nim i akcja będzie lecieć na łeb, na szyję (i mówię to serio), aż skończę pierwszą część. A potem ruszamy z drugą.

    To chyba tyle, co miałam do powiedzenia.

    Pozdrawiam z Berk (po raz setny)
Nike

PS:
Nie wiem, co się stało z czcionką i nie wiem także, jak to naprawić. Za to więc też przepraszam.

4 komentarze:

  1. Hej. Miałam się o tym wypowiedzieć już wcześniej, ale jakoś tak się zebrać nie mogłam… (na pocieszenie dodam, że rozdział czternasty również stoi w miejscu, także tego, no). I dzięki za dedykację.

    duże, zielone oczy — według mnie tu przecinka być nie powinno (pierwszy przymiotnik mówi o rozmiarze, drugi o kolorze, więc nie ma potrzeby ich rozdzielać).
    wzmocnioną „powodem” wizyty — ten cudzysłów mi tutaj niezbyt pasuje.
    Ach, oczywiście, pomyślała ze złością Emma, – myśli i inne takie należy zapisywać albo kursywą, albo w cudzysłowie.
    W miejscu, gdzie przed stała Austriaczka — w sensie przed chwilą? I przecinek po Austriaczce.
    długich, ostrych dziobach. — tu też nie dałabym przecinka, ale jeszcze się dowiem.
    słynna wśród czarodziei — raczej napisałabym znana.
    ilością rzeczy — wydaje mi się, że rzeczy są policzalne, więc raczej napisałabym liczbą, ale dziwnie mi to brzmi; też się jeszcze dopytam.
    wielka ksieni Zakonu Ateny, — dobre. Nie mam pojęcia, dlaczego, ale mnie to rozbroiło.
    swojego salzburskiego pałacu — moim pierwszym skojarzeniem był Obersalzberg, ale ja jestem monotematyczna, to wiadomo.
    Ale się Liechtenstein zdziwi, — nie wiem, dlaczego, ale chyba nie zrozumiałam.

    To by było na tyle w tej części.
    Generalnie — trochę brakowało mi opisów, noale, noale, strzelam, że organizatorzy narzucili limit nie do przekroczenia, mam rację? Jeśli tak to się nie czepiam. Pomysł generalnie całkiem dobry, postacie… cóż. W każdym razie dość dobrze jak na mój gust przedstawiłaś ten konflikt między przyjaciółkami. Mam tu na myśli, że i jedna, i druga ma swoje zdanie i żadna nie zamierza ustąpić. Dobrze mówię?
    Najbardziej podobała mi się chyba końcówka, to jest: od słów może i się pokłóciły, a ostatnie zdanie… było chyba najlepsze. Naprawdę. Uwielbiam tego typu zakończenia.
    Generalnie czytało się równie lekko, co rozdziały o Ceirze, ale i tak czekam na kolejny rozdział, bo jestem ciekawa, jak to wszystko rozwiniesz i w ogóle.
    I tak randomowo ode mnie — jeden: ta trucizna pod koniec to cyjanek? Tak z ciekawości pytam. A dwa: w sumie zauważyłam, że nazywanie bohaterów po kolorach oczu (w sensie szarooka i tak dalej, wydaje mi się raczej dziwne; ale się nie czepiam, można i tak.
    Nie rozpisałam się dzisiaj, wiem, ale jakoś tak nieszczególnie dużo mam do powiedzenia… ale chyba mi wybaczysz, nie?
    A, i jestem pierwsza, ciekawe…

    Pozdrawiam
    Amnezja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za pierwszy komentarz.

      Nie wiedziałam, że zapisy kursywą (bo w oryginale tak jest, sama możesz sprawdzić) znikły, i zaraz to poprawię.
      Odnośnie "wielkiej ksieni" – chodzi o to, że poszczególnie regiony mają swoją ksienię, a te podlegają tej "wielkiej". Tak, wiem, to skomplikowane.
      W Liechensteinie nienawidzili Emmy Moritz. Także nikt nie wiedział, co Charlotte zaplanowała.

      Limitem było 5 stron, ja pisałam znormalizowanym tekstem (w przeciwności do tego, którym piszę o Ceirze - Century 10, jakby ktoś pytał), dlatego tez nie ma opisów. Ciekawostka odnośnie konkursu - w jury byli bodajże sami poeci.

      Zarówno Emma, jak i Charlotte miały charakter przywódczyni i po tym konflikcie (wspomnienie jest z 1818 roku, Emma mówi o tym 31.12.1899, obie zaś umarły w 1918 roku - taki przypis autorski) raz jedna w Europie, raz druga. Gdyby takich charakterów nie miały, nie ustaliłyby nowego porządku w Europie w 1815 po porażce poprzedniego.
      W 1899/1900 Charlotte nie miała już nikogo (jej cała rodzina zmarła) prócz właśnie Emmy, swojej byłej przyjaciółki.
      Wiesz, jest tyle rodzajów trucizn, że nawet nie pomyślałam o konkretnej.
      Nie wiem skąd wzięłam, by nazywać bohaterów po kolorach oczu, ale od wielu lat to stosuję. Jednak tendencja jest spadkowa.
      Końcową część chyba najlepiej się mi pisało. Może dlatego, że osobiście lubię Charlotte.

      Prawdę mówiąc, napisałam to opowiadanie jako one-shot do mojej projektu (czyt. niedokończoną powieść) sprzed roku, który dzieje się w czasach współczesnych, ale postacie Emmy i Charlotty są ważne.

      Właściwie nie mam co Ci wybaczać. Według mnie się rozpisałaś, bo opowiadanie jest dość krótkie.

      Ja też jak na razie mam zastój - napisałam coś i teraz nie wiem, co dalej, ale spróbuję opublikować kolejny rozdział w pierwszym tygodniu szkoły.

      Pozdrowienia od Szczerbatka
      Nike

      Usuń
  2. Bardzo ciekawe opowiadanie.
    Nie wyłapałam jakichś szczególnych błędów.
    Dobrze poprowadzona akcja. podoba mi się sposób w jaki ukazałaś konflikt dwóch przyjaciółek. Ogólnie super pomysł z przeklętym skarbem. :)
    Sorki, że komentarz tak późno, ale ostatni mam strasznie mało czasu...
    Dzięki za dedykacje. :D Mam straszną radochę z tego!
    Czekam na kontynuacje opowiadania o Ceirze!
    Pozdrawiam i weny życzę,
    Sheila

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nowy rozdział pojawił się dziś rano.
      I dziękuję za miły komentarz.

      Usuń