sobota, 22 listopada 2014

Doce: SPQR



 Z dedykacją dla Was wszystkich

Lara

            Obudziłam się wczesnym rankiem. Moje rodzeństwo jeszcze spało. Delikatnie usiadłam na łóżku i spuściłam nogi. Wstałam i szybko, ale cicho się ubrałam. Wiedziałam, że najmniejszy hałas może wszystkich obudzić.
            Wzięłam buty i boso wyszłam z pokoju zajmowanego tylko przez mnie, Clary i Sandrę. Jak na razie, byłyśmy jedynymi uznanymi córkami Aresa.
            Na zewnątrz nie było nikogo. Popatrzyłam na frontową ścianę domku, o którą oparliśmy swoją broń. Szybko zauważyłam, że Jorge musiał zabrać swój dwuręczny miecz. Prędko nałożyłam buty i ruszyłam w stronę granicy.
           
            – Co się stało? – usłyszałam z góry głos mojego brata, gdy zbliżałam się ku granicy.
            – Gdzie jesteś? – zapytałam. Nagle tuż przed mną w ziemię wbił się miecz z niebiańskiego spiżu. Chłopak był tuż nade mną.
            – Przynieś go po drodze! – polecił mi Jorge. Sięgnęłam po broń i zaczęłam powoli wchodzić na najbliższe mi drzewo. Trochę trudno się wspinało, ale w końcu weszłam na szeroką gałąź, na której całymi przesiadywał.
            – Kto to się zjawił? – powiedział zdziwionym tonem. – Najmniej się ciebie spodziewałem. I tym razem nie żartuję.
            Usiadłam obok niego. Był to dobry punkt widokowy – z góry niewidoczny, a spokojnie mogłam teraz zobaczyć nawet czające się na horyzoncie wieżowce Manhattanu.
            – Tam się ukrywają – brat pokazał mi ręką na duże obozowisko Rzymian.
            – Sporo ich – zauważyłam.
            – Tak – odparł. – Ale kilku z nich sprzyja nam. Jest taka wysoka szatynka, strasznie kłócąca się z takim jednym blondynem, którego wszyscy słuchają. Podlega jej taka Indianka, wyglądająca jak Pocahontas Disneya. I zdawało mi się, że widziałem Marlene.
            – Kogo?
            – Trzecia do kolekcji, Sanchez. Nie mów mi, że nie wiesz.
            Kiwnęłam przecząco głową. Jorge przewrócił oczami.
            – Przecież u Ateny jest Wielka Trójka – rzekł. – Annabeth, El i właśnie Marlene Sanchez.  Okay, nieważne – dodał, widząc mój zdezorientowany wzrok.
            Spojrzałam w kierunku Rzymian. Mimo wczesnej pory, wszyscy już byli obudzeni i mieli nałożone zbroje.
            – Jorge, to jest normalne? – spytałam.
            – Coś tu się kroi – odpowiedział. – Nie podoba mi się to.
            Obcy półbogowie stanęli w wieloszeregu. Przed nimi stanęło dziesięć osób, wśród nich jakiś blondyn, który coś mówił, ale byłam za daleko, by usłyszeć.
            – Biegnij do Chejrona – rozkazał mój brat.
            – Ale… – zaczęłam, ale mi przerwał:
            – Musisz go o tym powiadomić. Chyba chcą nas dzisiaj zaatakować.
            Szybko zeszłam na dół i jak najszybciej mogłam, pobiegłam do Wielkiego Domu.

Na werandzie nie było nikogo. Nacisnęłam klamkę, ale drzwi były zamknięte. Zaczęłam w nie pukać, potem walić.
            – Chejron, otwórz, proszę! – krzyczałam w kółko. – Coś się dzieje!
            Dopiero po dziesięciu minutach centaur otworzył.
             – Rzymianie chyba chcą nas zaatakować – powiedziałam. – Są w pełnym rynsztunku.
            – Trzeba wszystkich obudzić – polecił.
            Natychmiast pobiegłam do kabiny Aresa.
            – Szybko, obudźcie się – krzyknęłam. Po chwili otoczyło mnie moje rodzeństwo w piżamach, posyłające mi wściekłe spojrzenie. – Chyba nas atakują. Musimy obudzić pozostałych.
            Nie minęło zbyt dużo czasu, a cały Obóz przygotowywał się do walki.


Ceira

            Wiadomość o ataku Rzymian zmroziła mi krew. Jednak się odważyli. Jednak wystąpili przeciwko rozkazowi Reyny.
            Pół godziny po otrzymaniu tej informacji od Lary, wszyscy już się ustawiali.
            Jak większość łuczników, wspięłam się na drzewo. Stałam w cieniu. Wiedziałam, że jeśli pęknie bariera, spokojnie będę mogła poruszać się cieniem, by strzelać do wrogów.
            Chociaż nie powinnam była się do tego przyznawać, bałam się. Nie wiedziałam, czy dam radę strzelać do ludzi, u których boku wielokrotnie walczyłam.
            A tego wymagali ode mnie Grecy. Jedynie Reyna i niektórzy bogowie rozumieli, w jakiej pozycji położył mnie związek moich rodziców.
            Nie powinnaś się nigdy narodzić, przypomniałam sobie słowa Ateny. Ani ty, ani twój brat.
            Ciągle musiałam wybierać. Nieważne, że już miałam serdecznie dosyć decyzji, których najchętniej bym nie podejmowała.
            Jest takie miejsce, tam nie dzieli się ludzi na Greków i Rzymian. Mogłabyś tam spokojnie żyć. Mogę cię tam zabrać. To jest w Europie, ale tam nic ci się nie stanie.
            Żałowałam, że nie skorzystałam z propozycji, którą kilka lat temu złożyła mi Liz. Jeszcze ją wtedy wyśmiałam. Nie wyobrażałam sobie życia bez obecności Jasona i Reyny.
            Odetchnęłam głęboko i nagle zrozumiałam, że nie dam rady zaatakować Rzymian. Że jestem na to za słaba.
            Spojrzałam się w kierunku granicy Obozu. Biała jak śnieg poświata bariery znikała. Jeszcze kilka uderzeń i pęknie.
            Szybko zeszłam na ziemię. Mój udział w walce był pozbawiony sensu.
            Niezauważona przeszłam na tyły gotowych do walki Greków. Było mi ich szkoda – byli skazani na morderczą walkę. Ale nikt by nie zrozumiał mojej decyzji.
            Usłyszałam ogromny huk. Bariera pękła.
            Zerwałam bandaż z prawego przedramienia. Nie ma już czego ukrywać. Koniec gry.
            Po raz pierwszy od wielu dni spojrzałam na tatuaż z dwunastoma kreskami oraz skrzyżowanym mieczem i pochodnią. Nad wszystkim widniał czteroliterowy skrót – SPQR.
            Mimo tego nie kłamałam na temat mojego greckiego pochodzenia.
            Po raz pierwszy w życiu chciałam wykrzyczeć światu, kim naprawdę jestem.
            Zamiast tego zaczęłam uciekać jak najdalej od pola rozpoczynającej się walki.


Lara

            Ogarnęło mnie przerażenie, kiedy bariera pękła, a na horyzoncie ukazały się oddziały rzymskiej armii ze znajomym mi blondynem na czele.
            Rozgorzała walka. Nie wiedziałam, co zrobić. Ze wszystkich dzieci Aresa byłam najmniej przystosowana do bitew.
            – Witaj, Greczynko – powiedział wysoki, patykowaty Rzymianin, którego rozpoznałam jako przywódcę. – Powalczymy sobie.
            Ruszył na mnie z mieczem. Próbowałam się instynktownie bronić, jak na lekcjach. Dopiero teraz zrozumiałam, jakie fory dawali mi moi starsi bracia.
            Nagle blondyn wytrącił mi broń z ręki. W następnej chwili znalazłam się na ziemi. Blondyn uśmiechnął się tryumfalnie i podniósł miecz, by wbić mi go w serce. Krzyknęłam na pomoc. I wtedy stało się coś, czego się nie spodziewałam.
            Na mojego przeciwnika rzuciło się duże, ciemnobrązowe zwierzę. Swoim ciężarem przygwoździło go do ziemi. Szybko się podniosłam i podniosła swój miecz. Nie wiedziałam, czy potwór też będzie chciał mnie zaatakować.
            Dopiero wtedy zobaczyłam, że moim obrońcą okazał się wilk. Spojrzał się na mnie błękitnymi oczami. Miałam wrażenie, że chce mi powiedzieć, bym się nie wygłupiała i odłożyła miecz.
            U jego boku zjawiły się dwa ogromne psy – jeden srebrny, drugi złoty. Miały ciemne oczy i wyglądały dosyć groźnie.
            Walka ustała. Rzymianie szybko ustawili się w swoje poprzednie ustawienie. Na ich twarzy było wymalowane przerażenie.
            – Cal! – krzyknął jakiś chłopczyk i wybiegł w kierunku wilka. Miał maksymalnie jedenaście lat.
            Zwierzę podniosło jedną z łap, by tak powiedzieć mu stop. Chłopiec cofnął się do szeregu.
            Wilk, jak i jego dwaj towarzysze wycofali się, zostawiając blondyna na ziemi.
            Nie wiedziałam, co mam zrobić. Zresztą, jak wszyscy. Nawet Chejron stał jak zaczarowany.
            Zwierzę otoczyła gęsta, ciemna mgła. Po chwili na jego miejscu stała Ceira Nightshade, przyglądająca się leżącemu u jej stóp Rzymianinowi.


Ceira

            Czułam na sobie wzrok wszystkich obecnych. Nie o to mi chodziło.
            Nie planowałam ratować Lary. Ale coś w środku mi to kazało. Nie wiem, co, ale z jakiegoś powodu to zrobiłam.
            – Co, do diabła… – zaczął Octavian.
            – … tu robię? – dokończyłam za niego. – Pilnuję, byś wypełniał rozkazy Królowej.
            Blondyn zmieszał się. Wiedział, co za chwilę zrobię.
            – Co to ma znaczyć, Kopciuszku? – spytałam. – Reyna chyba ci wyraźnie mówiła, żebyś nie atakował Obozu. Ale nie, ty jesteś mądrzejszy, prawda?
            – Ja… ja… – jąkał się, wstając. – Oni mnie wszyscy popierali… Myślałem, że…
            – Że nie żyję? Że się nie dowiem? Że skoro Reyny nie ma, możesz nawet łamać jej rozkazy?
            Chłopak dołączył do armii Rzymu. Musiałam ciągnąć temat, dopóki nikt nie był w stanie mi przerwać.
              I nie wszyscy cię popierali – kontynuowałam. – I po jaką cholerę wziąłeś Toma ze sobą? Zwariowałeś?!
            Mój przybrany brat podbiegł do mnie. Miał dopiero osiem lat i już miał na ręku tatuaż. Wiedziałam, że to Octavian go wykonał.
            – Ale zniszczyli nasze miasto, Cal – odpierał zarzuty centurion. – Byłem na pokładzie statku, kiedy Valdez zaczął strzelać…
            – Czekaj, że co? – zdziwiłam się. – Byłeś na pokładzie statku Greków, kiedy zaczęto strzelać? I wy uwierzyliście, że on nie zaczął serii?
            Nikt mi nie odpowiedział.
            – Na pewno jest bardziej wiarygodny niż ty, zdrajczyni! – krzyknął ktoś po lewej. Popatrzyłam tam. Z pierwszego rzędu przyglądała się mi arogancko jakaś brunetka.
            – Słucham? – zapytałam twardym tonem. Co jak co, ale w stosunku do rzymskiej armii byłam bezkompromisowa.
            – Jesteś na terenie ich Obozu, mimo że nie byłaś z nami – odparła dziewczyna. – Musiałaś tu przybyć wcześniej. Jesteś z nimi, czyli jesteś zdrajczynią.
            Nagle większość legionistów zaczęło ją popierać. Nie dziwiłam się im. Dla nich tak to wyglądało.
            – Spokój! – krzyknęła Sia, występując przed tłum. – Cal nigdy by nas nie zdradziła. Musiała się po prostu przypadkiem znaleźć tu w tym samym czasie, co my. Umie podróżować cieniem, więc przed chwilą mogła być w zupełnie innym miejscu świata.
            Spojrzałam się na swoje ubranie. Najwidoczniej Afrodyta maczała swoje palce, ponieważ miałam na sobie białą, lekką bluzkę rękawem trzy czwarte i dżinsowe rybaczki.
            Sia spojrzała się na mnie z nadzieją, że potwierdzę jej słowa. Ale nie mogłam tego zrobić. Nie mogłam zdradzić Greków.
            Nie odezwałam się, tylko wróciłam na swoje poprzednie miejsce.
            – Nie walczycie z Grekami – rozkazałam. – Tak, wiem, że trzeba pomścić Nowy Rzym, ale mścicie się nie na tej osobie, co powinniście. Winna jest Gaja. Jeżeli nawet Octavian mówi prawdę, co jest mało prawdopodobne, to Gaja opętała tego chłopaka. On nie mógł tego powstrzymać.
            Wokół panowała cisza.
            – Do powrotu Reyny władzę obejmuje Sia – ogłosiłam. – Ja… ja po prostu nie mogę być waszym przywódcą.
            – Cal, nie wygłupiaj się – powiedział Octavian, przewracając oczami. Znałam go od wielu lat i wiedziałam, że jest Rzymianinem z krwi i kości. Szanował mnie i nie chciał mieć we mnie wroga.
            – Tu nie chodzi o to, czy podołam, czy nie – odparłam cicho. – Tu chodzi o to, co zrobiłam. Nie przypadkiem uciekłam.
            Sia podeszła do mnie. Była niewiele ode mnie wyższa, ale mimo wszystko dało się tę różnicę zauważyć.
            – Dziękuję za ten zaszczyt, ale… - zaczęłam, lecz szybko jej przerwałam:
            – Pocahontas mi mówiła o twojej postawie.
            – Cal, nie chciałbym przerywać tej pięknej rozmowy, ale pochyl się – odezwał się Octavian, biorąc z tyłu tarczę.
            – Co? – zdziwiłam się. Nagle Sia położyła mi rękę na ramieniu i pociągnęła za sobą w dół. – O co cho... – chciałam zapytać, kiedy nagle zobaczyłam, że w tarczy potomka Apolla utknęła strzała, która przeszyłaby mi serce, gdybym się nie uchyliła. Szybko się podniosłam i ją obejrzałam. Na charakterystycznej lotce były ślady śniegu.
            Tylko raz spotkałam taką strzałę. I teraz wiedziałam, kto na pewno ją wystrzelił.
            Szybko zdjęłam z pleców łuk i nałożyłam strzałę na cięciwę. Rozejrzałam się wokół. Ani śladu poszukiwanej przeze mnie osoby. Ruszyłam przez tłum półbogów.
            – Cal, może pomóc? – zapytała się Sia.
            – Nie tym razem – odparłam, szukając wzrokiem swojego niedoszłego zabójcy.

            Nie wiadomo kiedy znalazłam się na arenie.
            – Masz pozdrowienia od Jonsdottir, Etienne – powiedziałam.
            – Chciałbym usłyszeć je od niej – odparł ktoś na trybunach. Obróciłam się w stronę głosu. Na jednej z najwyższych ławek siedział białowłosy chłopak, ubrany w koszulkę Obozu. – Trochę późno się zorientowałyście. Tak właściwie, to o wiele za późno.
            Powoli schodził na dół.
            – Miałaś się nie poświęcać i proszę bardzo – rzekł z łobuzerskim uśmiechem na ustach. – Nie powinnaś się nigdy urodzić, ale jednak jesteś tu. Żaden potwór nie był w stanie cię wykończyć. Ale ja jestem.
            Robiło się coraz zimniej. Co raz trudniej utrzymywałam napięty łuk.
            – Ciebie się nie bałem – kontynuował. – Ale kiedy pojawiła się Jonsdottir, mój plan mógł spalić. Ale ona tylko podejrzewała, niczego nie wiedziała.
            Przy każdym wydechu z moich ust pojawiała się mgiełka. Chciał mnie zamrozić.
            – Widzisz, Łowczyni – zakończył swój wywód „León”, przystając na ostatnim stopniu – teraz jesteś bez szans. Nikt cię nie uratuje.
            Strzeliłam w jego kierunku i szybko nałożyłam kolejną strzałę. Etienne spokojnie zrobił unik.
            – Wpuszczenie gigantów było doskonałym pomysłem – mruknął głośno, zadowolony z siebie. Zbliżał się do mnie. Dopiero teraz zauważyłam, że ma ciemne odrosty. Teraz zrozumiałam, dlaczego Liz go nie poznała.
            Zaczęłam w niego strzelać, ale za każdym razem robił unik. Zdawało się, że zna mój każdy ruch, nawet kiedy się przemieszczałam cieniem.
            Nałożyłam ostatnią strzałę. Kiedy zauważyłam, że to prezent od Reyny i Jasona, zawahałam się. Nie mogłam jej zmarnować.
            – To teraz się pobawimy – osądził Etienne, stojąc dziesięć metrów ode mnie.
            Stałam w cieniu. Udałam, że zaraz będę strzelać i się przemieściłam w inne miejsce.

            Wylądowałam na polanie w lesie.
            – Mówiłam, że tak będzie – powiedział ktoś po mojej lewej stronie. Spojrzałam w tamtym kierunku i uśmiechnęłam się na widok Hekate.
            – Ostatnio nic o tym nie wspominałaś – odparłam. Nie miałam zbyt wiele czasu, ale wolałam go stracić na rozmowę z moją babcią od strony mamy.
            – Nie po to dałam ci zwierzątko, by ci tylko marudziło i budziło o złej porze – bogini popatrzyła na mnie. – Aniołek chętnie pomoże. Wystarczy poprosić.
            – Po tobie spodziewałam się lekko innej rady – dodałam, nasłuchując.
            – Nie chce mi się bawić w wizje – wyjaśniła. – Magia ma swoją cenę, Calypso, ale czasem warto jej użyć.
            Calypso. Tak brzmiało moje prawdziwe imię, ale zawsze czułam, że jest zbyt poważne.
            Hekate znikła. Chwilę później usłyszałam kroki. Ich różnorodność wskazywała, że to kilka osób.
            Coś mnie ominęło? – zapytała Ángeles. Ktoś chodzi po drzewach.
            To przyjaciel, odrzekłam w myślach. I zjawiłaś w samą porę, jeżeli zechcesz mi pomóc.
            Oczywiście, zgodziła się łasiczka.
            W razie czego mnie broń, gdyby mi odebrał łuk i sztylet.
            Zwierzątko pojawiło się przed mną i spojrzało na mnie zdziwione.
            – Jest jeszcze coś, o czym nikomu nie mówię – wyjaśniła szeptem. – Tylko dwie… osoby o tym wiedzą – odetchnęłam na chwilę i zaczęłam głośniej mówić: - Gdy powiem „już”, uciekaj. To samo dotyczy ciebie, Pocahontas – popatrzyłam w górę. Tuż nad sobą zobaczyłam drobną dziewczynę, wyglądająca jak indiańska księżniczka, ubrana w lekką zbroję. – Tylko będąc daleko, przeżyjecie.
            Obie kiwnęły twierdząco głową. Ángeles wspięła się szybko na drzewo. Chwilę potem znalazła się na ramieniu Rebecci.
            Skierowałam swój wzrok przed siebie. Zauważyłam zbliżającą się postać Etienne’a. Szybko nałożyłam swoją ostatnią strzałę na łuk.
            Gaja – używając Chione i jej syna – na mnie polowała. Bała się mnie przez moje pochodzenie. Zgodnie z opinią Zoe, byłam jedynym herosem, który z jednej strony pochodził od greckiego boga, a z drugiej od rzymskiego.
            Hera miała rację. Byłam trzecim mostem między oboma Obozami.


            Lemaire stanął kilkanaście metrów ode mnie. Na jego twarzy gościł uśmiech.
            – Odłóż to – powiedział. – Jeszcze zrobisz sobie coś złego.
            Skoncentrowałam się, by strzelić w jego prawe ramię. Powoli naciągnęłam cięciwę.
            – Znów ci się nie uda – skwitował, ale po sekundzie spoważniał, kiedy grot trafił w obrany przeze mnie cel.
            Lekko podniosłam kąciki ust. Można uznać, że byłam z siebie zadowolona.
            – Nie wiesz, z kim zadzierasz – syknął. Posłał w moim kierunku serię lodowych sopli, mające wygląd ostrzy. Pierwsze chybiły. Gdy uchylałam się przed jednym, który trafiłby mnie w brzuch, przypadkiem opuściłam łuk. Chłopak natychmiast podszedł i go podniósł.
            – Nie wierzę, że to dzięki tobie Grace pokonał Kriosa – rzekł. – Jesteś teraz taka słaba, taka beznadziejna.
            Wcale nie, chciałam mu zaprzeczyć. Zwiększyłam odległość między nami, choć tak naprawdę niepotrzebnie. I tak miałam teraz tylko sztylet do obrony.
            Rzuciłam się do ataku bez żadnego planu, bez zastanowienia. Zaskoczyłam go, ale szybko się zaczął bronić. Nagle dźgnął mnie w prawe przedramię. Syknęłam z bólu. Sztylet się schował i mimo sytuacji zagrożenia i mojej woli nadal pozostawał pod skórą.
            Etienne przybliżał się do mnie.
            – To koniec – stwierdził. – Potwory nie były w stanie cię wykończyć, tak samo jak giganci. Emily też była za słaba, za bardzo chce być wierna Christii. Ale ja jestem wierny mojej matce.
            Teraz, zawiadomiłam Ángeles. Łasiczka natychmiast zeskoczyła i zaczęła drapać twarz mojego przeciwnika. Zaczął krzyczeć z bólu.
            Szybko pobiegłam do wielkiej sosny, w pieniu której znajdowała się duża, pusta dziupla. Hekate nie znalazła się tu przypadkiem.
            Włożyłam lewą rękę do środka. Na dnie wyczułam małe, ciężki buteleczki. Wyjęłam trzy i do prawej dłoni. W tym momencie Lemaire ściągnął ze swojej twarzy moją pomocnicę, która uciekła na gałęzie. Żwawym krokiem podchodził do mnie.
            – Już! – krzyknęłam. Gałęzie zatrzaskały pod ciężarem Pocahontas.
            Wyjęłam kolejne trzy buteleczki z fioletowawym płynem.
            Jedna pozbawiła Jasona pamięci na kilka miesięcy, dodatkowo go usypiając.
            Pięć omal nie zabiły Percy’ego Jacksona, gdy próbowałam razem z Herą pozbawić go wspomnień o Annabeth Chase, które trzymały się w jego pamięci najmocniej.
            Sześć zabije każdego prócz bogów. I prócz mnie.
            Gdy Etienne’owi zabrakło tylko kilka kroków, by mnie złapać, podniosłam ręce i w ostatnim momencie rozbiłam fiolki o siebie.
            Płyn szybko zamienił się w opary, które „opanowały” okolicę.
            Poczułam kawałki szkła wbite w moje ręce i pogrążyłam się w ciemności.


* * *
            Sia stanęła na skraju polany. Zauważyła, jak Cal zostaje ranna w prawe ramię.
Sięgnęła po miecz, który cicho syknął w pochwie.
Zanim ruszyła do walki, spojrzała w górę i szybko zauważyła Rebeccę, która gestem jej zabraniała dołączenia do walki.
Córka Concordii westchnęła bezgłośnie. Jak zwykle Cal chciała walczyć sama.
Gdy szatynka popatrzyła znów na toczący się pojedynek, zauważyła, że na twarzy przeciwnika wnuczki Hekate Trivii znajduje się małe, białe zwierzątko. Nigdzie nie mogła jednak znaleźć swojej przyjaciółki.
Nagle białowłosy chłopak ściągnął z siebie swojego atakującego, który natychmiast uciekł, a sam ruszył biegiem w stronę jednego z obszerniejszych drzew. Tam, dopiero po skupieniu się, Sia zobaczyła Cal.
– Już! – krzyknęła dziewczyna. Centurion zauważyła, że Pocahontas i białe zwierzątko, wyglądające na łasicę uciekają w jej kierunku. Po chwili Rebecca stanęła obok niej.
– Nie wiem, co ona wyczynia – szepnęła brunetka. – Musisz jej zaufać.
Nagle ogromny huk rozległ się w miejscu, w którym stała dwójka wrogich sobie herosów. Na prawie całej polanie rozległa się jasna, gęsta mgła.

Sia zamarła. Nie wiedziała, co się tam stało. Bała się, że najgorsze.
Obraz zaczął się robić rozmazany. Po policzku zaczęły jej płynąć łzy.
Kiedy po kilku dłuższych chwilach mgła opadła, dziewczyna zauważyła dwie postacie.
Białowłosy chłopak leżał na ziemi, na całym ciele wbiły się kawałki szkła. Z prawego ramienia wystawała strzała. Tuż obok jego lewej ręki znajdował się długi, ostry sztylet.
O drzewo opierała się plecami Calypso. Powoli próbowała wstawać, co ucieszyło Się. Ale próby były nieefektowne.
Córka Concordii nie wahała się ani chwili i podbiegła do niej.
– Cal? – zwróciła się do niej i przykucnęła przy niej. Teraz dopiero zobaczyła, że z bliska to wszystko wygląda jeszcze gorzej.
Białowłosy chłopak był martwy. Miał otwarte oczy.
Tymczasem Calypso miała kawałki szkła w obu dłoniach. Prawe przedramię krwawiło mocno. Z nóg wystawały lodowe, cienkie sople. Z trudem zwróciła swój wzrok na szatynkę.
– Kim jesteś? – zapytała wnuczka Hekate cicho i powoli. – I kim jest Cal?
Się zmroziło.
Nagle Cal zamknęła oczy, a jej głowa opadła.
Rzymianka zbladła. Dla niej to było jak zły, straszny sen. Ale wiedziała, że to wszystko dzieje się naprawdę.
– Calypso, obudź się! Proszę! – zaczęła powtarzać, ale nic to nie dawało. Rozpłakała się. Cal nie mogła umrzeć. Nie teraz, gdy była najbardziej potrzebna.
– Ona żyje – oceniła Pocahontas, która nagle się tu pojawiła. – W przeciwności do niego. Jej serce nadal bije, ale coraz słabiej.
– Skąd to wiesz?
– Bo umiem słuchać, Sia. I umiem wierzyć w dobre zakończenia.

__________________________
Przepraszam Was bardzo, że tak późno opublikowałam ten rozdział, ale miała problemy zdrowotne, a teraz mam problemy osobiste (że tak to ujmijmy). Plus szkoła, która sprawia, że już w poniedziałek jestem wymęczona i nie mam prawie że czasu na pisanie.
Rozdział dedykuję Wam, moi kochani czytelnicy za to, że dajecie mi motywację i sens dalszego pisania i prowadzenia tego bloga. Wiem, że ostatnie rozdziały (ten też, mimo usilnych starań) były poniżej poziomu i przez to dawno już przestałabym pisać dalej tę historię... gdyby nie Wy.

Nie chcę żebrać o komentarze (chociaż to tak wygląda), ale chciałabym mieć od Was szczerą opinię, co sądzicie i co powinnam poprawić (jestem tylko człowiekiem i błędy popełniam).
Kolejny rozdział będzie w bliżej nieokreślonym czasie, wszystko zależy od wolnego czasu, jakim będę dysponować.

Pozdrawiam z Berk
Nike

4 komentarze:

  1. Salut !

    Jak na razie, byłyśmy jedynymi uznanymi córkami Aresa. — bez przecinka po jak na razie.
    Szybko zauważyłam, że Jorge musiał zabrać swój dwuręczny miecz. — raczej bym tu napisała, że go po prostu zabrał, ale może to kwestia gustu.
    Nagle tuż przed mną — przede mną.
    której całymi przesiadywał. — całymi dniami, w sensie że?
    – Tam się ukrywają – brat pokazał mi ręką na duże — kropka po ukrywają i brat z wielkiej litery.
    – Przecież u Ateny jest Wielka Trójka – rzekł. – Annabeth, El i właśnie Marlene Sanchez. — znowu coś mi umknęło a propos wspomnianego?
    Mimo wczesnej pory, wszyscy już byli — bez przecinka po pory.
    jak najszybciej mogłam — najszybciej, jak mogłam.
    w jakiej pozycji położył mnie związek moich rodziców. — nie jestem pewna, czy to jest dobrze, w każdym razie przez nienaturalne jak na moje oko zestawienie wyrazów brzmi absolutnie przekomicznie.
    duże, ciemnobrązowe — nie oddzielałabym tego przecinkiem.
    Szybko się podniosłam i podniosła swój miecz. — tu chyba miało być podniosłam, ale lepiej zmień na jakiś synonim, bo masz powtórzenie.
    Spojrzał się na mnie błękitnymi oczami.mon Dieu ! Nie będę się już czepiać, że ten czasownik nie jest zwrotny, bo SJP twierdzi, że od biedy ujdzie, ale jest to forma potoczna… co nie zmienia faktu, że bardzo mi to nie brzmi.
    Na ich twarzy było wymalowane przerażenie. — twarzach; no chyba że wszyscy mieli jedną, nie wnikam.
    Wilk, jak i jego dwaj — raczej bym napisała wilk i jego dwaj, chyba lepiej brzmi i wygląda.
    Zresztą, jak wszyscy. — bez przecinka.
    Miał dopiero osiem lat i już miał na ręku tatuaż. — powtórzenie.
    Z pierwszego rzędu przyglądała się mi arogancko jakaś brunetka. — tym razem tak z czystej ciekawości, można przyglądać się komuś arogancko? Z czymś takim się jeszcze nie spotkałam, ale pewnie można i tak…
    Co jak co, ale w stosunku do rzymskiej armii byłam bezkompromisowa. — to mi bardziej podchodzi pod stanowczość niż bezkompromisowość, ale ok.
    Spojrzałam się na swoje ubranie. Najwidoczniej Afrodyta maczała swoje palce, ponieważ miałam na sobie białą, lekką bluzkę rękawem trzy czwarte i dżinsowe rybaczki. — bez przecinka po białą, przymiotniki chyba odwrotnie… i trochę mi się to wydaje mało realne, że praktycznie w środku kłótni nagle zaczyna się przyglądać swoim ubraniom. Nie żebym się czepiała.
    I teraz wiedziałam, kto na pewno ją wystrzelił. — wystarczyłoby samo kto ją wystrzelił, jeśli wie, to wiadomo, że jest tego pewna.
    Obróciłam się w stronę głosu. — w stronę głosu raczej nie da się obrócić, można co najwyżej w stronę, z której się ten głos usłyszało.
    Co raz trudniej — coraz.
    Dopiero teraz zauważyłam, że ma ciemne odrosty. Teraz zrozumiałam, dlaczego Liz go nie poznała. — powtórzenie.
    Nie miałam zbyt wiele czasu, ale wolałam go stracić na rozmowę z moją babcią od strony mamy. — to matką jej matki jest w końcu Nyks czy Hekate?
    na ramieniu Rebecci. — Rebekki.
    przypadkiem opuściłam łuk. — do kontekstu bardziej by pasowało upuściłam.
    zaczęła drapać twarz mojego przeciwnika. Zaczął krzyczeć z bólu. — znów powtórzonko.
    Żwawym krokiem podchodził do mnie. — dziwnie to brzmi, nie lepiej pasowałoby zbliżał się albo coś w ten deseń?
    Sześć zabije każdego prócz bogów. I prócz mnie. — nieee, błagam…
    Ale próby były nieefektowne. — w sensie nieładne? To chyba wiadomo, tak pokaleczona osoba nie jest w stanie wstać z gracją.
    Dla niej to było jak zły, straszny sen. — wielosłowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z błędów to chyba tylko tyle. Albo aż tyle, bo biorąc pod uwagę wszystkie rozdziały, z tego wypisałam chyba najwięcej uchybień. Mówiłam, znajdź sobie betę, to bardzo ułatwia życie.
      Rozdział generalnie dość długi i pod tym względem spełnia moje oczekiwania. Natomiast co do akcji… no nie wiem. Próbowałam sobie wyobrazić końcówkę, ale wyglądało to dość… abstrakcyjnie. Dziwna sytuacja, ogólnie rzecz biorąc. Na sam koniec brakowało tylko Malcolma, który by pocałował Ceirę. Zachowanie Octaviana w stosunku do wspomnianej też mnie nie przekonało… w tym wypadku jestem niestety na nie, ale domyślam się, że brak czasu spowodowany szkołą też miał na niemały wpływ na jakość tego rozdziału. Tak więc poniekąd rozumiem, ale lepiej trochę poczekać, a dopracować rozdział, niż wrzucać cokolwiek… ok, już nic nie mówię.
      Mam nadzieję, że następny będzie lepszy, zwłaszcza że teraz dwa tygodnie wolnego… no, także tego. Życzę czasu, weny, wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku, żeby był dużo lepszy od tego.
      A, no i merci beaucoup za dedykację, miło mi.

      Amnezja

      Usuń
    2. Wielkie dzięki za wytykanie błędów. Co dziwne, lubię, jak ktoś to robi.
      Betę znalazłam, ale muszę zaczekać, aż będzie miał dobry, szybki internet. Zgody nie ma, ale czyta, więc może.
      Końcówkę bardzo trudno mi się pisało i naprawdę długo nad tym myślałam. I tak moim ulubionym fragmentem jest narracja Ceiry tuż przed atakiem.
      Proszę, nie męcz już Malcolma. I tak już jest biedny, jak patrzę na kolejny rozdział.
      Octavian traktuje Ceirę jak młodszą siostrzyczkę i dlatego też się jej boi (bo młodszych sióstr trzeba się bać). Wiem, jego zachowanie nie jest zbyt przkeonujące. Postaram się w następnym rozdziale.
      Ceira jest lekko odporna na eliksir, bo trzy miesiące ciągłego kontaktu z nim trochę uodparnia.

      Jeszcze raz dzięki i się postaram w kolejnym.
      Wspaniałego roku '15, weny, lekkiej szkoły i wolnego czasu
      Pozdrowienia z Berk
      Nike

      Usuń
    3. Nie ma sprawy, zawsze na posterunku. Co prawda tuż po opublikowaniu tego komentarza zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem Cię za bardzo nie zjechałam, no ale... chyba nic się nie stało, sądząc po Twoim komentarzu. Cieszy mnie to.
      No, to w takim razie czekam na następny rozdział... bo coś czuję, że będzie się działo. Weny życzę.

      Amnezja

      Usuń