niedziela, 20 kwietnia 2014

Rozdział VI - Atak



Rachel

            Gdy Ceira rozpoznała Jelenę, powoli zaczęłam rozumieć, dlaczego Ariadna była aż tak przerażona i jej notoryczne powtarzanie o tym, co Zeus jej zrobi. Na jej miejscu również obawiałbym się kary ze strony króla bogów, gdyby dziewczyna się nie odnalazła.
            W kabinie panowała nieprzenikniona cisza. Lara wpatrywała się w podłogę, a z jej twarzy nie można było odczytać żadnych emocji. Wnuczka Nyks była pogrążona w zamyśleniu.
            Nie wiedziałam, co robić. Nie miałam żadnych wizji, żadnych podpowiedzi od ducha Delf na temat, gdzie szukać zaginionej rudowłosej, czy – jak wspomniała Ceira – blondynki.
            W duchu zastanawiałam się nad jednym – dlaczego Nightshade powiedziała, że wszystko jest stracone? Tak, jakby Jelena (alias Liz) była ważnym pionkiem w wojnie między bogami a Gają.
            – Co mam zrobić? – zapytałam, gdy poczułam, że dłużej nie zdołam wytrzymać tego milczenia.
            – Powiedz o wszystkim dzieciom Ateny – odparła po chwili Ceira. – Lub przynajmniej Malcolmowi. Szybciej będą wiedzieli, gdzie mogła się udać Liz, niż ja.
            Westchnęłam bezradnie. Nie chciałam mówić nikomu o tym, co się stało z Jeleną. Ledwo zdobyłam się na odwagę, by powiedzieć to Larze i wnuczce Nyks.
            – Ale znasz ją – zaczęłam. – Może wiesz, gdzie ona…
            – Wcale nie znam jej tak dobrze – przerwała mi Nightshade. – Ale pamiętam, jak mówiła, że jej najlepszymi przyjaciółkami są jej dwie siostry. Niestety, nie zapamiętałam imion.
            W myślach odmówiłam modlitwę do wszelkich istniejących bogów, prosząc o jakąkolwiek wskazówkę.
            – Może zostawiła jakąkolwiek wiadomość? – zaproponowała nieśmiało Lara. – Przecież nikt nie znika bez śladu. Nie wierzę, że opuściła Obóz niezauważona przez nikogo. Pewnie gdzieś tu jest. Musimy tylko poszukać.
            – Przeszukaliśmy już Obóz wzdłuż i wszerz – powtórzyłam.
            – To zróbmy to jeszcze raz – nalegała córka Aresa. – Może po prostu się minęliście.
            Otworzyłam usta, by dalej z nią dyskutować, ale zorientowałam się, że nie mam żadnych argumentów. Logiczne rzecz biorąc, rzeczywiście mogliśmy się gdzieś minąć z Jeleną.
            – Czy ona umie zmieniać swój wygląd? – zapytałam milczącej Ceiry.
            – Tak – odparła. – W dodatku można nazwać ją poliglotką.
            Czyli szukamy igły w stogu siana, pomyślałam. W takim razie może być teraz wszędzie nierozpoznana. A ja miałam ją znaleźć. Ariadna mnie zabije.
            – Rozpoznałabyś jej głos? – spytałam wnuczki Nyks. – Chyba, że i on się zmienia.
            – Nie wiem, czy się zmienia – odpowiedziała. – Gdy mówiła jak rodowita Rosjanka, nie myślałam, że to Liz. Jedyną szansą jest to, by zaczęła mówić w swoim ojczystym języku.
            – To świetnie – powiedziałam. To była nasza jedyna nadzieja.
            Jednak Nightshade nie wyglądała na zadowoloną, raczej na bezradną.
            – Szkopuł w tym, że to nie jest angielski czy hiszpański – rzekła. – Liz jest ze Skandynawii.
            Cała nadzieja ze mnie uleciała. Umiałam posługiwać się jedynie angielskim i greką, znałam parę słów z francuskiego. Ale języki skandynawskie… Nie byłam w stanie rozróżnić jednego od drugiego, co dopiero o mówieniu w jednym z nich.
            – A może się w końcu ruszymy i jej poszukamy? – odezwała się Lara. – Dyskusją niczego nie załatwimy.
            W duchu przyznałam jej rację. Ceira nie powiedziała ani słowa, tylko sie odwróciła i wyszła z domku. Na jej ramię wskoczyła biała łasiczka.
            Córka Aresa ruszyła za nią. Nie chcąc zostać sama, poszłam z nią.
            – Pójdę zobaczyć do Wielkiego Domu – oświadczyła siostra Clary. – Wymyślę jakiś powód na poczekaniu.
            Odeszła w kierunku budynku. Kątem oka zauważyłam wnuczkę Nyks, która kroczyła do lasu. Skierowałam się w drugą stronę, ku plaży.
            Wszyscy herosi patrzyli się na mnie zdziwieni. O tej porze zazwyczaj malowałam, ale dziś nie byłabym w stanie dotknąć pędzlem płótna.


            Po paru godzinach nie znalazłam Jeleny. Załamana postanowiłam wrócić do kabiny Artemidy.
            Niebo przybrało ciemnoniebieską barwę. Idąc, patrzyłam w nie. Ten kolor mnie uspokajał.
            Na nieboskłonie pojawił na parę sekund się mały, czarny obiekt. Jestem aż tak zmęczona, że mam zwidy, uznałam. Po chwili znów zobaczyłam to „coś”. Przystanęłam i zmrużyłam oczy. Wydawało mi się, że to jakiś ptak o wielkich rozmiarach.
            Zniżyłam głowę. To świat greckich bogów, próbowałam sobie wytłumaczyć. Tutaj mogą występować takie „ptaki”.
            Ruszyłam dalej. Z trudem powstrzymywałam się na kolejne spojrzenia w górę. Koniecznie musiałam się zapytać Chejrona o istnienie takich stworzeń.
            Gdy weszłam do kabiny Artemidy, Lara stała na środku pomieszczenia. Nigdzie za to nie widziałam Ceiry.
            – Znalazłaś ją? – zapytała córka Aresa, patrząc na mnie błagająco. Ruchem głowy zaprzeczyłam.
            – Gdy Liz zmienia swój wygląd – usłyszałam nagle głos Nightshade – zdarza się, że nawet Atena jej nie poznaje.
            Skierowałam głowę w prawo, bo stamtąd dochodził głos. Po chwili zauważyłam, że wnuczka Nyks stoi w cieniu.
            – Czyli mamy jej nie szukać? – spytałam.
            – Tego nie powiedziałam – odparła Ceira.
            – To co mamy zrobić? – zadałam kolejne pytanie.
            – Powiedzieć o wszystkim Malcolmowi, a potem wszystkim dzieciom Ateny – odpowiedziała. – Coś czuję, że Liz jest cała. Nie powinniśmy się o nią martwić.
            Powiedz o tym Ariadnie, pomyślałam.
            – A ile razy pomyliło cię twoje przeczucie? – zapytałam. Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. Czyżby było tego aż tak dużo, że nikt tego nie policzył?
            – Zapytaj się Królowej – odpowiedziała Nightshade po bardzo długiej chwili.
            Jakiej Królowej? Chodzi o Herę, czy o kogoś innego? Bo jeśli o tą pierwszą – to nie, dziękuję.
            – Może rano się odnajdzie – odezwała się Lara. – A teraz lepiej wracajmy do siebie, Rachel. Jest już późno.
            Obróciłam się na pięcie i wyszłam z kabiny bogini łowów.

Malcolm

            Z samego rana zostałem wezwany do Wielkiego Domu na rozmowę. Taka poranna rozmowa z nielubianym przeze mnie panem D. – po prostu idealny początek dnia!

            Siedziałem w gabinecie boga wina. Po drugiej stronie biurka znajdował się oczywiście on i roztrzęsiona Ariadna, ciągle ocierająca sobie oczy chusteczką.
            – Wina? – zaproponował Dionizos, ale odmówiłem. – Pamiętasz Jelenę?
            – Tak – odparłem, przypominając sobie domniemaną córkę Afrodyty z Rosji.
            – Jak się okazało, to twoja siostra. Podobno ma na imię Liz, ale ja ją znam jako Bethę. A ty ją znasz?
            Liz, Betha, Liz, Betha… Mój umysł szukał jakichkolwiek wzmianek o tych imionach w mojej pamięci, ale na próżno.
            – Nie – odpowiedziałem po dłuższej chwili zastanowienia.
            – Musisz ją znać – odezwała się nagle królewna Krety. – Annabeth jest jedną z jej najlepszych przyjaciółek. Prawie co roku, na zimę przyjeżdżała tutaj, do Obozu. To aż niemożliwe, żebyś jej nie znał.
            – Przykro mi, ale nie kojarzę nikogo o takim imieniu – wyjaśniłem.
            – A kogo z dzieci Ateny brakuje na ten moment? – zapytał pan D.
            – Ann, ale ona jest na misji – odrzekłem. – Marlene przybędzie na początku sierpnia. I…
            – I kogo jeszcze? – spytała Ariadna, ocierając łzy.
            – Nie ma Elsy – dokończyłem. – Od grudnia nie dostaliśmy od niej żadnych znaków życia.
            Nastała cisza. Elsa była chyba jedyną moją siostrą, która nie zachowywała się jak reszta z nas. Nawet nie wiem, kogo dziecko mogłaby przypominać.
            – A jak Betha ma tak naprawdę na imię? – zapytał nagle Dionizos.
            – Myślisz, że ja wiem? – odpowiedziała mu pytaniem żona.
            – A kto ma wiedzieć? Ja, który ciągle zapominam i przekręcam imiona? – zdziwił się bóg wina. Oboje nieśmiertelni zaczęli się kłócić o to, kto powinien pamiętać prawdziwe imię Liz.
            – Co się właściwie stało z tą moją „siostrą”? – spytałem konkretnie, przerywając awanturę boskich małżonków.
            – Znikła – odparła córka Minosa. – Tak nagle. Znikł jej miecz. Znikł jej strój. A przecież Zeus wyraźnie powiedział, że do września nie będzie żadnych egzekucji.
            – Jakich znów egzekucji? – dopytałem się, zaintrygowany.
            – Lepiej, abyś nie wiedział – odrzekł pan D. – Ci herosi, którzy to wiedzą, już od dawna nie żyją.
            Zmroziło mi krew. Nie spodziewałem się mieć siostrę o aż tak mrocznej biografii.
            Ogólnie rzecz biorąc, Jelena nie wyglądała na córkę Ateny. Każdy półbóg, należący do mojego rodzeństwa, miał blond włosy (od platyny Elsy do prawie jasnego brązu Layli) i szare, lub ewentualnie błękitne oczy. Rosjanka natomiast nie pasowała do ogólnego opisu.
            Nagle zatrzęsła się ziemia. Najpewniej zignorowałbym to, gdyby po chwili to się nie powtórzyło.
            – Bariera – wyszeptałem swoją pierwszą myśl i wybiegłem z Wielkiego Domu.

            Herosi w całym Obozie byli zdezorientowani i nie wiedzieli, co mają robić.
            – Malcolm! – usłyszałem wołania Emmy za sobą. Zatrzymałem się i odwróciłem.
            Moja siostra szybko do mnie dobiegła. Domyśliłem się, że musiała wcześniej trenować – jej krótkie, jasne blond włosy przylepiały się jej do twarzy.
            – Wiesz, co się dzieje? – zapytała Em, dyszc. – No, tak, przecież nie wiesz, tak jak wszyscy – mruknęła pod nosem i znów zwróciła się do mnie: - Co mamy zrobić?
            Annabeth, dlaczego cię tu nie ma? pomyślałem. Ann zawsze miała plan w zanadrzu. W przeciwności do niej, nie byłem dobrym strategiem/ Bardziej nadawałem się do wykonywania rozkazów.
            – Malcolm! – krzyknęła mi do ucha Emma. – Na twoją decyzję czeka pół Obozu, jeśli nie więcej!
            – Nie jestem jak Ann, jasne?! – powiedziałem zezłoszczony, że nie mam żadnego pomysłu, i zirytowany, że każdy traktuje mnie jak moją starszą siostrę. – Ty i Kate najlepiej się tym zajmiecie.
            Em rozdziawiła usta ze zdziwienia. Chyba po raz pierwszy w życiu wybuchłem w tak ważnym momencie.
            Odwróciłem się na piecie i pobiegłem w kierunku Sosny Thalii. A kiedy tam przybyłem, omal nie dostałem zawału serca.
            Peleus leżał tuż przy drzewie, naszpikowany soplami z lodu na całym ciele. Jego ciemne oczy wpatrywały się we mnie smutno.
            Dopiero teraz zorientowałem się, że ziemia jest pokryta zeschniętymi igłami i gałęziami.
            Spojrzałem w górę. Sosna Thalii umierała. Ale gorsze było coś innego.
            Złote Runo zniknęło.

Lara

            Poświata bariery gasła. Im słabiej ją widziałam, tym większy strach opanowywał moje ciało.
            Obok mnie stała Clary, lustrująca każdy centymetr swojej świeżo wyczyszczonej włóczni. Każdy jej mięsień był napięty. Clarisse tylko czekała, aż rozpocznie się walka.
            W cienie pobliskiego lasu czaiła się Ceira, gotowa, by w każdej chwili wystrzelić. Kątem oka zauważyłam, że grot jej strzały błyszczy na srebrno.
            Parę metrów za mną słyszałam czternastoletnich bliźniaków Hekate – Rose i Juliusa – którzy ćwiczyli zaklęcia.
            Może to trochę niewiarygodne, ale tak właśnie wyglądała tutejsza linia obrony Obozu.
            Cała nasza piątka nie miała wątpliwości, że to tutaj coś lub ktoś chce się przedrzeć do środka. Staliśmy w epicentrum drgań ziemi.
            – Coś mnie ominęło? – zapytał jakiś chłopak z tyłu. Odwróciłam głowę. Niedaleko Rose zobaczyłam Leóna.
            – A ty tu po co? – zdziwiła się moja siostra. – Lepiej wracaj, zanim posmakujesz prawdziwej walki.
            Jak na nią, to były dosyć łagodne słowa.
            – Nawet nie wiesz, co umiesz – odparł białowłosy, poprawiając swoje dłuższe włosy. Laluś, pomyślałam.
            Rozległ się ogromny huk. Wyjęłam szybko miecz. Usłyszałam, że Ceira naciąga cięciwę. Wszyscy jednak zamarliśmy, gdy spojrzeliśmy na swoich przeciwników.
            Było ich dwóch. W porównaniu z nimi, Hyperion, którego widziałam rok temu, wydawał się karłem.
            Jeden z nich miał pierś naszpikowaną srebrnymi strzałami. Drugiego nieustannie nękały sowy.
            Giganci stali, nie zauważając naszej szóstki. Omal nie opuściłam miecza z trzęsących się dłoni. Przygotowywałam się na potwory, ale nie na tych wielkoludów. Nie wierzyłam także, że pana D. zainteresują nasze problemy i pomoc nam.
            Po chwili z różnych miejsc leciały strzały. Nie wątpiłam, że to zasługa Ceiry, ale jak mogła przemieszczać się niezauważona tak szybko?
            Clarisse rzuciła się na giganta nękanego przez ptaki. Rose również otrząsnęła się po pierwszym szoku i miotała zaklęciami tak prędko, że obawiałam się, by mnie nie trafiła.
            Jednak to nic nie dawało. Jedyne, co udało się nam osiągnąć, to uwaga synów Gai. Cofnęłam się, gdy ten z naszpikowaną pierś schylił się, by schwytać mnie swoją ogromną ręką.
            – Ani się waż! – krzyknęła Ceira, która nagle zjawiła się przede mną. Na jej włosach znajdowała się srebrna opaska w czarne pasy, której wcześniej nie zauważyłam.
            – Łowczyni Artemidy – powiedział olbrzym, sepleniąc. – Odwdzięczę się za moje krzywdy.
            Nim wnuczka Nyks zareagowała, już znajdowała się ściśnięta w ogromnej łapie wielkoluda.
            – Gracie, mam córeczkę Aresa! – zawołał z tryumfem drugi gigant.
            Zamarłam. Clarisse została schwytana. Moje najgorsze obawy się sprawdzały.
            – A ja mam Łowczynię! – odwrzasnął drugi syn Gai, wstając. – Możemy wracać do mamy.
            – Nie tak szybko, panowie! – krzyknęła jakaś dziewczyna w grece. Odległość między oboma olbrzymami była na tyle duża, że mogłam rozpoznać, kto to był.
            – Puśćcie je! – rozkazała Jelena. – PUŚĆCIE JE!
            – A jeśli nie? - zapytał jeden z napastników, rechocząc. Jego brat szybko się roześmiał. – Co nam niby zrobisz?
            Ich śmiech nagle ustał. Między oboma gigantami migały coraz rudozłote włosy Rosjanki.
            Dziewczyna nagle wylądowała obok mnie. W dłoniach dzierżyła dwa niebieskawe sztylety. Na twarzach potworów widniały długie, cięte rany, które po chwili zniknęły.
            – Tak się nie da – mruknęła pod nosem córka Ateny, po czym zwróciła się do nas: - Lara, atakuj ich nogi. Rose, Julius, mam nadzieję, że znacie zaklęcie zniewolenia. Jeśli nie, nie niszczcie mi teraz tej nadziei. A ty, León… Rób wszystko, by udowodnić swoją niewinność – zamilkła na chwilę i dodała: - Wierzę, że umiecie poruszać się po lodzie bez upadków.
            Spojrzałam na nią zdziwiona. Wtedy półbogini tupnęła mocno w ziemię, która natychmiast pokryła się warstwą lodu.
            Jelena znów skoczyła, aby ranić synów Gai. Zgodnie z jej instrukcjami, siekałam swoim mieczem w ich nogi. Magiczna pokrywa uniemożliwiła im regenerowanie się i zasklepianie ran.
            Usłyszałam głośny świst za sobą. Odskoczyłam w bok w ostatniej chwili, by nie dostać ogromną śnieżką w głowę.
            Oba monstra zawyły z bólu i wściekłości. Kątem oka zobaczyłam, jak ich ściśnięte palce wokół Clary i Ceiry rozluźniają się, pozwalając dziewczynom upaść na ziemię.
            – Lara! – krzyknęła gdzieś z góry Liz. – Biegnij do Clary, szybko!
            Zawahałam się na chwilę. Nigdzie nie zauważyłam jakiegokolwiek boga, który mógłby nam pomóc.
            – Nie potrzebujemy Dionizosa czy innego boga! – usłyszałam głos córki Ateny. – Sama sobie poradzę! Po prostu biegnij do Clary!
            Wbrew mojej woli schowałam miecz i podbiegłam do mojej siostry. Miałam wrażenie, że została użyta wobec mnie czaromowa i to po raz kolejny przez tę samą osobę.
            Clarisse leżała na plecach na ziemi, nie poruszając się. Zauważyłam jednak, że oddycha. Kiedy spojrzałam na jej nogę, poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła.
            Zadziwiła mnie cisza, która gwałtownie zapanowała.
             – Nie wygląda to za dobrze – stwierdziła Jelena, która pojawiła się obok mnie. – Ale będzie dobrze.
            Rozglądnęłam się wokół w poszukiwaniu innych herosów. Rose i Julius odmawiali jakieś czary przy Ceirze, a León znikł. Zresztą tak samo, jak giganci.
            – Co się stało? – zapytałam.
            – Nic specjalnego – odparła rudowłosa. – Jakoś się udało ich pokonać. León poleciał po któreś z dzieci Apolla.
            – I już przyleciał – dodał białowłosy. – Lara, przepraszam, nie chciałem w ciebie wcelować. Po prostu tak jakoś wyszło.
            Z początku nie rozumiałam o co mu chodzi. Dopiero po dłuższym momencie mój mózg skojarzył przeprosiny chłopaka ze śnieżką, przed którą się uchyliłam.
            – Nic się nie stało – powiedziałam. Odpowiedział mi jego uśmiech.
            Obok Clary przykucnął Will Solace.
            – No, dosyć podle to wygląda – uznał. – Chłopaki, zabieramy ją!
            – A masz nosze? – zapytała od razu Liz. Syn Apolla spojrzał się na nią zdziwiony.
            – Słucham? – spytał się.
            – Czyli nie – odparła za niego Jelena. – Znasz jej urazy wewnętrzne? – tym pytaniem spowodowała, że oczy Willa prawie wylazły z orbit. – Czy ty znasz w ogóle zaklęcia diagnozujące?
            – Jakie zaklęcia? – zapytaliśmy się wszyscy. Mogłam się założyć, że nikt z nas nie słyszał o czymś takim, ale dla upewnienia spojrzał na twarze wszystkich.
            Dziewczyna się załamała.
            – Jak widzę, jesteście tak samo „mądre”, jak Apollo – westchnęła i zaczęła coś szeptać, mając ręce nad ciałem mojej siostry. A ja stałam nieruchomo jak jakiś posąg, patrząc na to jak cielę.
            Po chwili rudowłosa spoważniała. Coś mi podpowiadało, że nie jest dobrze. Ale jak… Przecież Clary była taką dobrą wojowniczką, pokonała Drakona i teraz…
            Łzy stanęły mi w oczach. Poczułam czyjąś rękę na ramieniu.
            – Lara, aż tak źle nie jest – usłyszałam głos córki Ateny. – Ale nie jest też zbyt dobrze. Powinna przeżyć.
            – „Powinna”? – zdziwiłam się. Nie, nie, NIE! Coś we mnie wybuchło.
            Odwróciłam się i zaczęłam iść przed siebie. Nagle zrobiło się bardzo jasne.
            – LARA! – ktoś krzyknął i wtedy straciłam przytomność.

            – Ej, to nie moja wina! To ona weszła mi prosto pod autko!
            – A czy ty nie możesz patrzeć, jak jedziesz?!
            – Mówili, że to pilne.
            – Ale nie aż tak, aby nie patrzeć na drogę!
            Te głosy brutalnie spowodowały, że powróciła mi świadomość.
            – Betha, nie złość się na mnie za jakąś głupią heroskę.
            Betha – skądś znałam to imię, ale za Chiny nie mogłam sobie przypomnieć, kto to jest.
            – To wyobraź sobie na moim miejscu Clarisse la Rue i pomyśl, czy Lara jest „głupią heroską” – ten głos też znałam. Do kogo on należał? To Jelena, podpowiadał cichy głosik w mojej głowie. Ale kim, na bogów, jest Jelena?
            – I widzisz, obudziłaś ją swoim narzekaniem – zauważył rozmawiający z nią mężczyzna.
            – Ja?! – zdziwiła się dziewczyna. – To ty nie umiesz zrozumieć swoich błędów, grajku! – krzyknęła. Myślałam, że głowa mi pęknie na dźwięk jej wysokiego głosu. – Lara, słyszysz mnie? – zapytała o wiele ciszej i delikatniej.
            – Tak – odpowiedziałam szeptem. Głośniej nie mogłam.
            – A otworzysz oczy? – poprosiła i już wiedziałam, kto to.
Mój mózg wręcz krzyczał „Eureka!”, gdy skojarzyłam sobie ten głos i imiona Jelena i Betha z córką Ateny, która przybyła z Ariadną do Obozu. W dodatku przypomniałam sobie trzecie imię, jakim się do niej zwracano – Liz.
Lekko uchyliłam powieki. Na początku nie widział nic oprócz oślepiającego światła. Dopiero gdy całkowicie otworzyłam oczy, zobaczyłam pochylającą się nade mną Jelenę, ubraną w dżinsowe rybaczki i tunikę w pasy, i mężczyznę o złotych, dłuższych włosach w biało-złotej szacie, którego wieku nie mogłam ustalić.
– I widzisz, Betha, wszystko jest w porządku – powiedział blondyn. – Co jak co, ale leczyć to ja umiem.
Apollo! – zawołał wesoło mój mózg.
Serio? – zapytałam go. Ten entuzjazm był dla mnie za bardzo zagadkowy.
– No, dobrze, teraz się podniesiemy – uznał bóg.
– Że co?! – wybałuszyła swoje błękitnoszare oczy Liz. Czekaj! Od kiedy ona ma błękitnoszare oczy i platynowe włosy… Okay, już wszystko rozumiem. Tak się przyzwyczaiłam do jej wyglądu jako rudowłosej Rosjanki, że zapomniałam o jej chyba (podkreślam – chyba!) prawdziwym wyglądzie.
Ktoś złapał mnie pod pachami. Znieruchomiałam pod wpływem strachu. Poczułam, że ten ktoś pomaga mi stanąć na ziemi.
Nagle cały świat zawirował i myślałam, że upadnę.
– Chyba się lekko pomyliłeś – usłyszałam uwagę córki Ateny. Przyłożono mi rękę do czoła i zawroty głowy zniknęły tak szybko, jak się pojawiły.
– Lala – zwrócił się do mnie Apollo, przekręcając moje imię. – Będziesz moim świadkiem.
Nic nie rozumiałam do momentu, w którym blondyn klęknął przed Liz, która przewróciła oczami.
– La den gå1 – odparła, zanim bóg cokolwiek powiedział.
Spojrzałam się na dziewczynę zdziwiona. Ten akcent, te słowa… Znałam jeszcze jedną osobę, która umiała wypowiedzieć je w dokładnie ten sam sposób.
– El? – spytałam niepewnie.
– Nareszcie! – odpowiedziała córka Ateny, uradowana. – Czy naprawdę to było aż takie trudne, by mnie rozpoznać? Nie odpowiadaj, to było pytanie retoryczne – dodała, gdy już chciała jej odrzec. – Nawet moje rodzeństwo się nie połapało w tym, co się dzieje.
– Czy ktoś mi powie, co się tu dzieje? – zapytał Apollo.
– A podobno jesteś inteligentny – docięła go blondynka. – A może już byś wrócił na nieboskłon? Ludzie się mogą dziwić, dlaczego nie ma słońca.
Bóg posłał jej tylko obrażone spojrzenie i znikł razem ze swoim samochodem.
Nie dowierzałam. El była tutaj. Miałam pewność, że teraz wszystko będzie już dobrze. Córkę Ateny uznawano za prawdziwą superbohaterkę – to, że nie uczestniczyła w bitwie o Olimp rok temu sprawiło, że jej miejsce zajął Percy. Zbieg okoliczności sprawił, że ta dwójka nigdy się nie spotkała – gdyby tak się stało, razem z Annabeth stworzyliby zespół nie do pokonania.
– Długo cię nie było – zaczęłam rozmowę.
– Tak – odparła. – Sporo się tu zmieniło. Czasem mam nawet ochotę zabić Zeusa i mojego tatę, że zrobili ze mnie Roszpunkę.
Zapanowała cisza. Nie umiałam za bardzo rozmawiać z ludźmi – zawsze to Clarisse prowadziła rozmowy, ja jej tylko podpowiadałam. Z mało kim miałam wspólne tematy, które szybko się nie wyczerpywały. Najlepszym przykładem jest chyba Malcolm – byliśmy dla siebie prawie jak rodzeństwo.
– Lara! – usłyszałam wołanie jednego z moich braci, Matta. – Sosna Thalii!
Bezsensowne? Nie do końca. Zrozumiałam, że coś się dzieje koło Sosny i trzeba tam jak najszybciej pobiec.
– Jak myślisz, co się może dziać? – spytała mnie Liz, po czym obie zaczęłyśmy biec wzdłuż granicy.


Rachel

Pod Sosną zgromadziły się tłum półbogów. Podziwiałam obozowiczów za ich szybkość – ledwo dziesięć minut temu Malcolm poinformował nas wszystkich o zniknięciu Złotego Runa.
Widok Peleusa naszpikowanego lodowymi soplami ścisnął mi serce. Kto mógł być na tyle okrutny, żeby to zrobić?
– Czy ktokolwiek wie, komu zależało na ukradzeniu Złotego Runa? – zapytał pan D.
– Dioni, to ta sama osoba – powiedziała cicho Ariadna.
No, tak. Przecież to było logiczne – Runo ukradł porywacz Jeleny.
– Peleus! – krzyknęła jakaś dziewczyna, podbiegając do rannego smoka. – Już wszystko jest dobrze.
Miała bardzo jasne, platynowe włosy. Nie znałam jej, ale stworzenie zapewne tak – na jej widok wydało z siebie cichy pomruk.
Powiał silny, zimny wiatr od strony lasu. Jak na teraźniejsze lato, nie było to normalnym zjawiskiem. Niebo zakryły ciemne, ciężkie chmury.
– Będzie padać? – zdziwiliśmy się wszyscy.
– Nie – odparła blondynka. – Zeus się dowiedział, że tu jestem.
Czyżby to była poszukiwana przez nas Liz? Spojrzałam na Ariadnę, aby dostać potwierdzenie, ale księżniczka Krety ukryła twarz w dłoniach, ukrywając swój kolejny atak płaczu.
Moją uwagę przykuł mały, białawy rulonik – może zwinięta kartka – który jakby wystawał z drzewa. Dziewczyna przy Peleusie też go zobaczyła i szybko wyjęła. Rozwinęła go i po minucie odrzuciła od siebie.
Kartka wylądowała pod moimi nogami. Szybko podniosłam ją.

Mam nadzieję, że ty i Łowczyni świetnie się bawicie.
Hans cię pozdrawia, Jonsdottir.
Etienne

Pokazałam wiadomość Chejronowi.
– Czyli wiemy, kto jest winny – uznał cicho. – A Jonsdottir to ona – wskazał wzrokiem na blondynkę, która z wielką determinacją usuwała kolejne sople z ciała Peleusa i wyrzucała ją poza barierę. To znaczy wyrzucałaby ją poza barierę, gdyby ta istniała…
Z góry rozległ się huk. Wszyscy spojrzeliśmy w tą stronę. Środek ogromnego płatka śniegu przeszyła błyskawica.
– Cicho, staruszku! – Dionizos i Liz krzyknęli chórem.
Chmury się rozeszły. Coś czułam, że Zeus tak szybko nie odpuści. Na niebie pojawił się na chwilę złoty znak, przedstawiający parę skrzydeł, na tle których ułożono dwie, przecinające się miecze.
– Ustalcie między sobą warty – polecił Chejron. – Będziecie monitorować granicę Obozu. Już, do ćwiczeń!
Wszyscy rozeszli się. Pan D. zabrał swoją żonę z powrotem do Wielkiego Domu. Przy Sośnie zostałam tylko ja, Chejron, Liz i Lara.
– Kim są Etienne i Hans? – zapytał centaur. Blondynka podniosła się, zostawiając Peleusa na ziemi. Smok nadal był słaby, ale – na szczęście – nie miał już ran.
– Byli najlepszymi przyjaciółmi – odparła. – Zarówno swoimi, jak i moimi. W ostatniej wojnie obaj opowiedzieli się po stronie Luke’a, teraz popierają gigantów. Etienne’a poszukujemy po całych Stanach. Hans... – jej głos zadrżał, a w oczach pojawiły się łzy. – Hans nie żyje.
Współczułam jej. Po jej twarzy całą pewnością mogłam stwierdzić, że ją i zmarłego chłopaka coś łączyło.
– Może pamiętasz nazwiska, jakieś szczegóły? – spytał cicho koordynator Obozu.
– Jasne, że tak – odpowiedziała. – Etienne Lemaire, lat osiemnaście. Urodziny zawsze obchodził piętnastego sierpnia, choć wypadały one trzeciego marca. Był synem jakiejś bogini. Pochodził z francuskojęzycznej części Kanady.
– A ten drugi, Hans? – dopytał się Chejron.
– Hans Ekker, wnuk Afrodyty ze strony matki – odrzekła, prawie płacząc. – Jego ojciec był Amerykaninem norweskiego pochodzenia. Urodził się dwunastego czerwca, tego samego roku, co ja.
Spuściła głowę.
Potwornie było mi jej szkoda, ale gdybym musiała ją pocieszać, nie umiałabym tego zrobić. Po prostu nie wiedziałabym, co powiedzieć.
Centaur objął Liz ramieniem.
– Miejmy nadzieję, że nic się nie stanie w najbliższym czasie – powiedział, wolną ręką pokazując, abyśmy już wrócili do reszty obozowiczów.


Malcolm

Obozowe skrzydło szpitalne nie było zbytnio zapełnione. Leżeli tu najczęściej herosi, którzy mieli jakiś wypadek w czasie treningu.
Ostatni raz tu byłem trzy lata temu, gdy złamałem sobie piszczel. Miałem nadzieję, że już nigdy tu nie przyjdę.
A jednak przyszedłem. Rady mamy swoją drogą, ale ja musiałem wiedzieć, jak się czuje Ceira. Nie obchodziło mnie, że Em i Kate już planują mi ślub – to było ich normalne zachowanie, gdy ktoś z naszego domku się zakochał.
Nightshade leżała na samym końcu, naprzeciwko Clarisse. Cała prawa ręka obwiązana była bandażem. Will już mnie powiadomił, że w szczególności dłoń zmiażdżono i gdyby nie przybył Apollo, należałoby ją amputować.
Na obecną chwilę, nikt nie kręcił się wokół. Usiadłem na sąsiednim wolnym łóżku po lewej stronie Łowczyni. Miała zamknięte oczy, najprawdopodobniej spała. Jej twarz wyrażała jednak, jaką trudność sprawia jej oddychanie. Mogłem się jedynie domyślać, co jest tego przyczyną.
Patrzyłem na nią, zafascynowany. Okay, nie da się ukryć – coś do niej czułem, już od momentu, kiedy po raz pierwszy raz się spotkaliśmy. Sam chciałbym wiedzieć, dlaczego.
Ceira nie należała do grona klasycznych piękności, ale jej uroda intrygowała mnie. A to, jak strzelała… Imponowała mi perfekcją w tym względzie. W dodatku dziewczyna wytworzyła wokół siebie aurę tajemniczości, a to – mimo przestróg Ateny – jeszcze bardziej mnie do niej przyciągało.
Jednocześnie nie wierzyłem, że ktoś może być aż tak idealny. Może i Nightshade zachowywała się jak Jason, ale musiała mieć jakieś wady. Gdybym je odkrył, chyba zakochałbym się w niej na zabój.
Teraz, gdy była tu, zastanawiało mnie jedno – co spowodowało, że się tu znalazła.
– Cześć, Malcolm – poklepał mnie po plecach Will Solace. – Przyszedłeś do swojej „dziewczyny”?
Spojrzałem się na niego groźnie. Syn Apolla uśmiechnął się tylko łobuzersko.
Zdziwił mnie jego dobry humor. Nie pasował do tego, co się dziś zdarzyło: obecnie najlepsza heroska, Clarisse, ledwo przeżyła, Ceira też nieźle ucierpiała, a Złote Runo skradziono.
– Spokojnie, nic groźnego jej nie jest – pocieszył mnie, poprawiając blond włosy. – Przy odrobinie szczęścia jutro wieczorem będzie zdrowa i poskładana.
– Mocno dostała? – zapytałem się go po raz setny dzisiaj.
– Ile razy mam ci mówić to samo? – westchnął chłopak. – Ręka zmiażdżona, podobno trochę obiła sobie żebra i coś tam jeszcze twoja siostra stwierdziła.
– Moja siostra? – zdziwiłem się.
– Tak, ta Rosjanka – odparł. – Denerwująca dziewczyna, tyle ci powiem. I bardzo zarozumiała, nawet jak na dziecko Ateny. Nie to, że ty się wymądrzasz, ale ona już przesadziła.
Ach, tak. Rudowłosa Jelena (to znaczy Liz), która niby ma należeć do mojego rodzeństwa. Tak, nie wierzę, że ona i ja mamy tego samego boskiego rodzica.
Gdzieś w oddali usłyszałem obozowiczów, którzy zgromadzili się wokół ogniska.
– Powinieneś już iść, Malcolm – uznał Will. – Ja tu muszę jeszcze na chwilę zostać.
No, tak. Pierwsza straż, którą pełnili grupowi poszczególnych kabin, czyli na przykład ja w zastępstwie za Annabeth.
Zrezygnowany wstałem.
– Cześć, Will – pożegnałem się z synem Apolla. Ten odparł to samo. Gdy wychodziłem, na chwilę spojrzałem jeszcze na śpiącą Ceirę.


Lara

Przy śniadaniu, stolik Aresa należał do najcichszych. To, co się stało z Clary, uderzyło w nas. Teoretycznie, brakowało „tylko” najlepszego herosa z całej kabiny. Praktycznie – pozbawiono nas przywódcy i pozbawiło złudzeń, że jesteśmy niepokonani.
Na szczęście nikt nie wiedział w pełni, co się wczoraj stało. Wszyscy wiedzieli tyle, że nasza szóstka – Clary, Ceira, León, Rose, Julius i ja – musieliśmy stawić czoła dwóm gigantom, a w wyniku walki dwie pierwsze są obecnie w skrzydle szpitalnym. Niektórzy dodawali do tego, że gdyby nie Apollo, obie nie przeżyłyby, przynajmniej w całości.
Jednak nikt nie orientował się o roli Liz w całym pojedynku. Ja sama nie chciałam nikogo w tym uświadamiać – nie miałam pojęcia, jak ta dziewczyna zdołała pokonać synów Gai.
– Herosi – usłyszałam głos pana D. – Ze względu na wczorajsze wydarzenia, ja i moja żona musimy was opuścić.
Nie rozumiałam powodu poinformowania nas o tym. Na miejscu Dionizosa powiedziałabym o tym tylko Chejronowi i już opuściła Obóz.
– W imieniu Zeusa oświadczam – kontynuował bóg – że dołożymy wszelkich starań, aby odnaleźć Złote runo i uchronić Obóz Herosów przed kolejnymi atakami.
– Chciałabym wam podziękować, że tak ciepło mnie przyjęliście – zaczęła Ariadna. – Warto było tu przybyć choć na aż taki krótki czas, by poznać aż tylu młodych, odważnych herosów, którzy dołożą wszelkich starań, by w każdej minucie iść i ratować świat.
Jej dalsza przemowa składała się głównie z chwalenia nas, ale już nie słuchałam. Najchętniej opuściłabym pawilon i zobaczyła, co się dzieje z Clary. Z drugiej strony nie chciałam jednak zrobić przykrości Ariadnie. Wydawała się być miłą kobietą – nigdy z nią nie rozmawiałam, co nie pozwalało mi stwierdzić, jaka jest z charakteru.


* * *
Z Clarisse wszystko było w porządku, ale potrzebuje czasu, by się trochę pozbierać – taką informację dostałam od Willa na temat stanu mojej siostry. Niestety, nie mogłam z nią porozmawiać, czego bardzo żałowałam.
Natomiast z Ceirą wszystko było dobrze i zdecydowano się już ją wypuścić. Ciężki trening czasowo zabroniony, a oprócz tego – wszystko wskazane przez „doktora” Solace’a.

Razem z Nightshade i El przeszłam się na arenę. Wnuczka Nyks natychmiast chciała wznowić ćwiczenia w strzelaniu z łuku.
Ja i córka Ateny usiadłyśmy na najbliższej ławce, obserwując trening Łowczyni. Od razu w oczy rzuciło mi się, że strzały lądują na obrzeżu tarczy, zamiast w jej środku.
– Tak udawać to i ja umiem – rzuciła Liz, poprawiając przeszkadzający kosmyk platynowych włosów i sądząc, że Ceira strzela tak specjalnie. Jednak napięcie na twarzy tej drugiej świadczyło o tym, że to wcale nie jest działanie celowe.
El zmrużyła oczy, patrząc na łuk. Też coś jej tu nie pasowało.
Nightshade denerwowała się coraz bardziej z każdą kolejną, niecelną strzałą. Nawet z dużej odległości dawałoby się zobaczyć, jak bardzo trzęsą się jej ręce.
Nagle córka Ateny wstała i podeszła do niej. Obie zaczęły rozmawiać tak cicho, że nie usłyszałam.
– Hej, wszystkim! – zawołał ktoś od wejścia. Od razu spojrzałam się w tamtym kierunku. Stała tam mojego wzrostu dziewczyna o rozpuszczonych, prostych włosach w kolorze średniego blondu, sięgających parę centymetrów za ramiona.
Ku mojemu zdziwieniu Łowczyni odruchowo nałożyła strzałę i napięła łuk.
– Calypso, nie! – krzyknęła Liz, pchając broń w innym kierunku w momencie, w którym cięciwa została puszczona. Zapanowała ciężka cisza.
Zdziwiłam się tym, że wnuczka Nyks została nazwana imieniem Calypso. Przecież miała na imię Ceira.
Nightshade naciągnęła kolejną strzałę.
– Jak… mnie… nazwałaś? – zapytała przez zęby. El zaczęła się cofać, aby nie zostać zestrzelona. Gdy poleciała pierwsza strzała, przed blondynką wyrosła lodowa ściana, która zatrzymała pocisk.
– Daj mi wszystko wyjaśnić – poprosiła cicho córka Ateny.
– Yyy, Christia, powinnaś uważać… – zaczęła dziewczyna, która ledwo co przybyła na arenę. Nagle i ją, i Liz porwało coś ciemnego i dużego, jakby ogromny ptak.
Wnuczka Nyks zaczęła rozglądać się wokół. Na jej twarzy nie zauważyłam już ani śladu tej wściekłości, która była widoczna przed chwilą. Mimo to zaczęłam się jej bać. W myślach modliłam się, aby i do mnie nie zaczęła strzelać, jak do El.


* * *
Przed granicą Obozu Herosów wylądował ogromny, ciemny smok w dwoma dziewczynami na grzbiecie. Obie zsiadły ze zwierzęcia.
– Co to jest? – zapytała niższa z nich, wyraźnie przerażona. Długie za ramiona, blond włosy przylepiły się jej do spoconej twarzy.
– To jest Szczerbatek, Emily – odparła druga z nich, poprawiając sobie warkocz z platynowych włosów. – Hades, Zeus i Posejdon dali mi przyspieszony prezent na siedemnaste urodziny.
– Masz własnego smoka? – zdziwiła się Emily. Jej rozmówczyni nie odparła. – Wiesz, dlaczego Łowczyni Nocy wpadła w taką furię?
Twarz wyższej dziewczyny spoważniała. Wzrok jej błękitnoszarych oczu mknął gdzieś po ziemi.
– Christia, powiedz mi, co się stało – poprosiła niższa, wbijając zielone oczy w swoją przyjaciółkę.
– Nie – odmówiła druga, odchodząc od smoka.
– Proszę, Christia – prosiła dalej Emily.
Basta.
– Christianna, błagam, powiedz.
Ho ditte „basta”!2
Zebrały się chmury i po paru minutach całą okolicę przykryła cienka warstwa śniegu.
– To po co mnie wezwałaś? – spytała się zielonooka.
– Złote Runo zaginęło – brzmiała odpowiedź. – Bogowie mogą się starać, ale to my szybciej je znajdziemy.
– Czy bariera… - zaczęła Emily, ale błękitnooka jej przerwała, jednocześnie odpowiadając na jej pytanie:
– Tak. Bariera zniknęła.
– Ale możesz stworzyć nową na jakiś czas, prawda?
Christia spuściła głowę na parę minut.
– Mogę – odpowiedziała, spojrzawszy na swoją przyjaciółkę. – Ale muszę mieć wtedy nadzieję, że bogowie nie wydadzą mnie tacie.
Christianna zaczęła nakładać czar. Powoli Obóz Herosów zaczęła przykrywać biaława mgła.
– Ile wytrzyma? – zapytała Emily, gdy już zaklęcie zostało wykonane.
– Góra dwa tygodnie – odparła błękitnooka. – Ale zero korzystania z cienia czy możliwości wejścia-wyjścia. Prawdę mówiąc, to teraz ich uwięziłam. Jak tam Peleus?
– Dobrze się trzyma – odrzekła zielonooka. – Peter jest wniebowzięty, że może mieć jakikolwiek kontakt z takim zwierzęciem. Boję się, jak zareaguje na twojego smoka.
– Wszyscy na nasz czekają?
– Tak. Jesteśmy gotowi do kolejnej misji.
Obie dziewczęta wsiadły na Szczerbatka.
– No, to w drogę – powiedziała Christia.
Smok rozłożył skrzydła i po krótkiej chwili leciał wysoko nad ziemią, z niesamowitą prędkością przemierzając niebo.


1norw. Odpuść
2wł. Już powiedziałam „dosyć”!
__________________________________________________________
     Tak, wiem, sporo czasu mnie tu nie było. Z góry za to przepraszam. A o porze publikowania nie wspomnę.

     Cały rozdział miał wyglądać inaczej, ale w ostatniej chwili przypomniałam sobie jedną scenę z (jak na razie) mojego ulubionego filmu i postanowiłam ją wykorzystać w końcówce. Mam również nadzieję, że przez to Ceira wyda się trochę mniej idealna.
     Rozdział miał być parę dni wcześniej, ale miałam mały poślizg z czasem (święta).

Z okazji Świąt Wielkanocnych chciałabym Wam życzyć zdrowych, radosnych świąt w rodzinnej, dobrej atmosferze, a potem Lanego Dyngusa tak obfitego, że we Waszych domach będzie można pływać.
    
    I tak się założę, że większość przeczyta to dopiero po świętach.

PS:
    Chcę sprawdzić, czy dobrze odpowiecie na kilka moich pytanek związanych z Jeleną/Liz/El:

  1. Na jakiej postaci z filmu Disneya z XXI wieku wzorowana (w części) jest Liz?
  2. W jakim norweskim mieście "urodziła" się Liz? Podpowiedź jest w imieniu, jakim zwraca się do niej Emily. Uwaga! Jest to dawna nazwa tego miasta.
  3. Jakim sposobem Liz pokonała gigantów?
  4. Co łączyło Hansa i Liz?
    Pytania wcale nie są aż tak trudne, jak się wydaje (szczególnie jak się to pisze - mówi mój wewnętrzny głosik). Odpowiedzi proszę zamieszczać w komentarzach.

13 komentarzy:

  1. 1 Na Elsie z "Frozen"? Sama nie wiem
    2 Oslo
    3 Ma chyba dużo boskich błogosławieństw
    4 Byli parą?
    Super opowiadanie wpadnij do mnie!!!
    http://magicofdemigods.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. O Matko moja !!! *.*
    Czekałam i czekałam i bogowie wynagrodzili mi moja cierpliwość ^^
    Wybacz mi, ale na długaśny komentarz ode mnie będziesz musiał zaczekać do końca tego tygodnia :c
    Jesteś jakimś prorokiem bo rzeczywiście dopiero teraz weszłam na bloggera i patrzę a ty tu takie rewolucje przeprowadzasz
    Nie mam za dużo czasu przez te testy, ale wynagrodzę Ci to naprawdę dłuuugim kilometrowym komentarzem jak już odetchnę po testach ;]
    A tak pozdrawiam i życzę weny ;*
    No i odpowiem na te pytania :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Jezus, Jezus, Jezus... nie wiem co pisać. Świat nie jest sprawiedliwy. Muszę czytać jakieś zrąbane lektury, których autorami są ludzie którzy nie dorastają swoim marnym stylem pisania, osobie tak zdolnej jak ty. Ja nie wiem czy to dlatego że jestem bardzo nie kumata, muszę zawsze czytać Twoje rozdziały dwa razy.
      Życzę Ci weny i czekam na rozdział ♥

      Usuń
    2. Dziękuję i wzajemnie życzę weny (i czasu, by ją spożytkować)

      Usuń
  4. Świetne!
    Żałuję, że dopiero teraz zauważyłam nowy rozdział. *^*
    Weny, weny ... dużo weny XD

    OdpowiedzUsuń
  5. No to zaczynamy te kilometry ;]

    Po pierwsze jesteś mistrzynią mętliku xD Serio... dodałaś tyle nowych postaci, tyle informacji, tyle nowych zagadek, że naprawdę trzeba to wszystko powoli i dokładnie czytać xD Albo ja jestem jakaś ułomna ;-; Tak, raczej to drugie :p
    Nie wiem jak ty to wszystko jeszcze ogarniasz ;]

    Cała postać Jeleny/ Liz/ El/ Betha/ Elsa/ Christia czy jak ją tam już zwą (błagam nadaj jej jedno imię ;-; ) jest tak skomplikowana, tajemnicza i posiada wiele wersji, że nie potrafię ogarnąć jej samej. Ma ona tak wiele wersji wyglądu, imienia i samego istnienia...
    A tak poza tym jestem w 100000000% pewna, że ona wcale nie jest córką Ateny !
    Moc jaką walczyła z Gigantami wskazuje na to, że ma coś wspólnego z Choine ...
    Zresztą zastanawiam się dlaczego jest ona taka ważna, dlaczego Zeus niby miałby się nią interesować i kim jest jej ojciec ?
    TYLE PYTAŃ !!!

    A no i co do tej walki z Gigantami... to nie mam bladego pojęcia jak hmmm... ta "WIELOIMIENNA" dziewczyna (nie wiem jak ją nazywać xD) ich pokonała :p No bo do tego był by jej potrzebny jakiś bóg, a ona krzyczy Larze, że sama ich pokona.... Nie wiem, może później okaże się, że jest ona jakaś specjalna czy coś :p
    A i mam taką uwagę małą, kiedy (dajmy już to imię) Liz, krzyknęła do Lary, żeby pobiegła do Clarisse, a ona sama się zajmie gigantami, minęła mniej niż minuta i koło Lary pojawia się Liz z oznajmieniem, że już ich pokonała... Dobra rozumiem, że pewnie miała do tego jakieś kody xD ale jednak powinno to trwać trochę dłużej...
    (rozumiem też, że pewnie nie zamierzałaś rozpisywać się na 10 stron jak ta walka przebiegała ;) )

    Co ja tam jeszcze cichłam....

    A no tak MAKLCOLM <3
    Jakoś go tak uwielbiam ^.^
    I współczuję mu, że wszyscy porównują go do Annabeth i oczekują, że będzie równie dobrym przywódcą co ona :p
    Szkoda mi go trochę :c I jakoś tak pasuje mi on do Ceiry, pomimo tego, że jej na nim (chyba) aż tak nie zależy ...

    A właśnie nie wiem czy to tak specjalnie, ale w tym rozdziale Ceira (bądź co bądź główna bohaterka) została zrzucona na drugi plan ....
    Dla mnie to minus bo jednak najbardziej lubię Ceirę :D
    No i Malcolma, a trochę go tu było, więc ten minus zostaje anulowany przez jego obecność... Więc w sumie wychodzisz na prowadzenie xD

    WIĘCEJ CEIRY !! <3

    A jakże bym mogła zapomnieć o SZCZERBATKU !! ;3
    (choć jednak mogłaś nazwać tego smoka inaczej, no chyba, ze to ten sam jedyny w swoim rodzaju Sczerbatek :D )
    Właśnie .... Wybierasz się może na "Jak wytresować smoka 2 " ?
    Co za pytanie ... jasne, że się wybierasz xD :D
    Ja osobiście siedzę jak na szpilkach i tylko czekam i czekam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wracając do tematu....
      Ciekawi mnie jeszcze Leon, wydaję mi się, że jest on jednak zły i to BAAARDZO ;-; Takie jakieś przeczucie...
      No i nie wiem czemu, ale Liz też jak dla mnie jest zła :p Nie lubię jej.

      A tak w ogóle to zaszalałaś kobieto :O
      Zranienie Paleusa, kradzież Złotego Runa, Zranienie niezniszczalne Clarisse, atak Gigantów... widzę, że akcja się rozkręca ;]

      Dobra, wydaję mi się, że nadszedł czas na te pytania ;)
      1. No jasne, że Liz jest wzorowana na Pocahontas ;-; Dobra wiem to było denne xD
      ELSA, tak to ona !!
      Jee ja taki geniusz :D
      2.Nie wiem i ściągnę z Tynty.... Oslo ? ...Na testach ściąganie się udaje to może i tu też xD
      PS: Mamo jeśli to czytasz to ja wcale nie ściągam...serio ;-;
      3. Miała kody na gigantów no i +10 do bycia hardcorem ;-; A tak na serio to wydaję mi się, że ona jest jakaś specjalna... Lara mówiła, że wydawało się jej, że używa czarmowy i niby jest córką Ateny, a jednak włada mocą "jakby" Choin, no i zmienia wygląd i akcent.... Taki z niej boss xD
      4. Z jej zachowania wynika, że darzyła go większym uczuciem, niż tylko przyjaźń

      Mam do Ciebie wiele pytań :
      -Kim jest ojciec Liz ?
      -Dlaczego ona potrafi zmieniać swój wygląd ?
      -Dlaczego Zeus się na nią tak gniewa ?
      -Dlaczego było tak mało Ceiry ?
      -Kim tak właściwie jest Liz ?
      -Dlaczego zmienia ona co chwila swoją osobowość ?

      Wiem, że nie odpowiesz mi na większość z tych pytań, bo "może" będą one wyjaśniane w dalszych rozdziałach dlatego CZEKAM CZEKAM I CZEKAM :D

      A no i najważniejsze !!
      Dlaczego Liz nazwała Ceirę Calypso ??????????????????/?????/????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????? o.o
      I Dlaczego wcześniej Ceira zachowywała się normalnie w stosunku co do Liz, a teraz nagle celuje w nią strzałą ??

      Czekam z WIELKĄ niecierpliwością na nexta !! I mam nadzieję, że parę rzeczy się wyjaśni ;D

      Zapomniałabym... CZY APOLLO OŚWIADCZYŁ SIĘ LIZ< CZY MI SIĘ TYLKO TAK WYDAWAŁO ?? :OO

      A no i czemu Liz jest taka ważna na Olimpie ??
      TYLE PYTAŃ----TAK MAŁO ODPOWIEDZI :c

      Zastanawiam się czy to już autostrada czy jeszcze nie nie ...

      Jak dla mnie to normalnie trasa 66(6)
      Zresztą chyba napisałam już wszystko co miałam do napisania ;D
      Mogę jeszcze walnąć coś takiego ;-;
      takiwsaniałyblogwogólecudonormalniekochamiwielbięavepheronikecotamuciebienojemwłaśniekotletaiczekamnajakwytresowaćsmokadwaijużniemogęsię doczekaćogólnieczytałamtenrozdziałtylkojedenrazigozrozumiałamainnimusieliczytaćdwarazyjatakigeniouszjeee
      Ale to jakiś pierdolony bełkot, więc po prostu kończę i lecę ;**

      Pozdrawiam :3
      Życzę weny :*

      Usuń
    2. Musiałam podzielić komentarz na dwa bo najwyżej w jednym komentarzy mogła znajdować się 4092 znaki ;-;
      Czyli na serio poleciałam z takim maratonem xD

      Usuń
    3. Czyli moja odpowiedź również będzie kilometrowa.

      Okay, na początek Twoje pytania:
      > Ojciec Liz jest herosem i ma na imię Jon. Pojawi się, ale to nie będzie "dobra" wizyta.
      >Dlaczego umie zmieniać swój wygląd? Jak na razie to moja tajemnica
      >Zeusowi chodziło bardziej o to, że Liz cichaczem uciekła z Olimpu. Jeszcze staruszek nie wie o udziale Ariadny w tym wszystkim. No, cóż, Zeus jest wściekły, bo dał się oszukać.
      >Postanowiłam zrobić taki jeden rozdział bez Ceiry i zobaczyć Wasze reakcje. Ale nie bój się, to tylko taki jeden rozdział. Dopiero końcowy będzie bez niej z powodu... Yyy... bo inaczej Christia by się nie pojawiła
      >Kim właściwie jest Liz... Jest mną z wyglądem "pewnej" księżniczki Disneya ("La den gå" mówi już samo za siebie... za łatwe pierwsze pytanie...)
      >Bo nikt o tej eskapadzie miał nie wiedzieć. Może oprócz Ariadny.

      Tak, Apollo po raz kolejny chciał się oświadczyć Liz.

      Jak było pod koniec poprzedniego rozdziału wspomniane, Liz jest potomkinią Zeusa. I ona JEST córką Ateny. Po prostu dostała mały "prezencik" od bogów w postaci swojej mocy (takie bynajmniej mam założenie). I wcale nie jest zła (chyba że jesteś wielką fanką postaci Percy'ego; wtedy już możesz ją tak nazywać).
      A, z Chione wiąże ją wzajemne nielubienie się.
      Niestety, nie wymyśliłam czegoś takiego jak kody. W kolejnym rozdziale Christia (jak na razie moja druga ulubiona wersja jej imienia) wyjaśni w rozmowie z Emily, jak pokonała gigantów. A akcentów można się wyuczyć (po trzech latach nauki rosyjskiego znam tylko podstawowe słowa i wyszkolony akcent).

      Błagam, nie ściągaj. Jeśli Twoja książka do historii (bo jesteś w 3. gimnazjum) jest z Nowej Ery, znajdź w niej mapkę z roku 1815 (temat o kongresie wiedeńskim). Tam jest ładnie napisana nazwa miasta.

      Szczerbuś to właśnie nasz kochany kolega, tylko przeniesiony do tego świata. Lepszego smoka nie umiem znaleźć.

      A, León wcale nie jest aż taki zły. Pomógł Christiannie pokonać gigantów, więc to działa na jego plus.

      Nie tylko Tobie szkoda Malcolma. Można spokojnie powiedzieć, że żył w cieniu Annabeth i za bardzo nie chciał z tego cienia wychodził.

      Ceira i Liz były na swój sposób przyjaciółkami, ale końcówka... Trochę się naczekasz na odpowiedź. Chociaż jedna z nich będzie ukryta w najbliższym rozdziale.

      Jak ja to ogarniam? Znam całą akcję ileś tam rozdziałów w przód.
      A co do Christii - jako jedyna bohaterka ma swój własny... cechopis(?). Nie wiem, jak to nazwać. Po prostu w punktach mam wypisane wszelkie szczegóły jej dotyczące.

      Dziękuję za ten szacowny tytuł Mistrzyni Mętliku. Nikt tu nie jest ułomny. To wszystko to po prostu moja przypadłość - budowanie zdań i akcji, w której tylko ja się spokojnie orientuję. Ale muszę to zrobić, by mieć co wyjaśniać pod koniec tej części (bo już mam pomysł na drugą, w której pierwsze skrzypce grają na raz Ceira i Christia).

      Mam nadzieję, że to wszystko. Wszelkie inne pytania kieruj w odpowiedniej zakładce, na pewno na nie odpowiem.

      Życzę weny
      Całuję


      PS:
      Oczywiście, że ulepimy dziś bał... Sorry, pomylił mi się tryb. Oczywiście, że si wybieram na HTTYD2. Jak na razie patrzę, kto chce się ze mną na to wybrać.
      Jako że w pobliżu daty premiery ma się urodzić moja bratanica, to będzie wychowywana w "kulcie" Szczerbatka, Czkawki, Astrid itd. W związku z tym MUSZĘ obejrzeć ten film (druga sprawa, że CHCĘ go obejrzeć)

      PS2:
      Wiem, że odbiegam lekko od tematu opowiadania, ale muszę zadać to pytanie:
      Czy Czkawka i Astrid nie przypominają Ci Percy'ego i Annabeth?
      Oczywiście, pomijając to, że mają smoki, a Czkawka jest trochę bardziej ogarnięty.

      Usuń
  6. Świetny blog! Nie mogę się doczekać dalszych losów!

    1. Elsa z Frozen! Łatwo było się domyślić xD
    2. Kopenhaga (chyba)
    3. Nie mam pomysłu :/
    4. Chyba miłość

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie piszę 8. rozdział, a przy Powellu mogę pisać, ile chcę (może to dziwne, ale jednak).

      Chyba nikt inny już nie będzie tego komentować, więc odpowiedzi mogę udzielić (wszystkie będą, gdy opublikuję nowy rozdział).

      Na pierwsze pytanie odpowiedzią jest oczywiście Elsa. Nawet nie mając opisu wyglądu, można to zgadnąć, gdyż w tym rozdziale wszelkie kwestie Liz, zapisane w oryginalnym języku (w którym były mówione) są kwestiami Elsy z odpowiednich wersji językowych "Frozen".

      Na trzecie pytanie odpowiedź jest w kolejnym rozdziale.

      Odpowiedź na drugie pytanie to jednak nie Kopenhaga. Nie słyszałam o innej nazwie tego miasta, a przede wszystkim, nie jest to norweskie miasto.

      Czwarte... Na to odpowiem pod rozdziałem.

      Usuń