niedziela, 19 października 2014

Once - Zagrożenie



Marlene biegła sprintem. Czuła, że za chwilę straci siły i rzymska pogoń ją dopadnie.
            Nie spodziewała się ich tu. Nawet w koszmarach nie przypuszczałaby, że Rzymianie dojdą pod Obóz Herosów, chcąc go zapewne zaatakować.
            – Greczynko! – usłyszała kogoś z góry. Zatrzymała się raptownie. Po chwili tuż przed nią pojawiła się średniego wzrostu, drobna dziewczyna o prostych, ciemnych włosach i śniadej skórze.
            – Rebecca, szybciej! – zawołał inny dziewczęcy głos. Rzymianka chwyciła Marle za nadgarstek i zaczęła biec slalomem między drzewami.
            – ¿Qué quieres? – zapytała w swoim ojczystym języku córka Ateny. – Yo no…
            – Bądź cicho! – ofuknęła ją brunetka. – Pomagam ci przeżyć.
            Po chwili obie znalazły się w podziemnej jamie. Jedynym źródłem światła była małą dziura pomiędzy. Dzięki temu Argentynka zobaczyła jeszcze jedną postać – jasną szatynkę o długich nogach i szerokich biodrach z włosami zaplecionymi w warkocz, a następnie w koka.
            – Sia… – zaczęła Rebecca, ale druga Rzymianka jej przerwała:
            – Są blisko!
            Zapadła cisza. Marlene słyszała ciężkie kroki goniących, które rozlegały się tuż nad nią.
            Z jakiegoś powodu nie mogła przejść przez barierę, by się znaleźć w Obozie Herosów. Gdy wylatywała z Argentyny, nie wiedziała o tym i bardzo ją to zdziwiło. Dało jej to wrażenie, że coś się złego dzieje wewnątrz Obozu.
            Kroki ucichły. Szatynka odetchnęła z ulgą i zwróciła się do Marle:
            – Jestem Sia, centurion trzeciej kohorty, córka Concordii. To Rebecca z trzeciej kohorty, wnuczka Marsa.. Kim ty jesteś, Greczynko?
            – María Magdalena Sanchez, córka Ateny – odparła Argentynka. – Czego ode mnie chcecie?
            – Niczego – odpowiedziała Indianka.
            – Pomocy – odrzekła druga z Rzymianek. – Chcę, byś pomogła mi w zyskaniu zaufania twoich pobratymców, gdy Augustulus rozkaże nam zaatakować. Atak jest nieunikniony.
            – A nie możesz go powstrzymać? – spytała Marlene.
            – Myślisz, że nie próbowałam? – w szarych oczach Sii pojawiły się łzy. – Moja matka jest boginią zgody, od strony ojca mam greckie korzenie… Ale mój sprzeciw nic nie dał… Kompletnie nic…
            – Muszę się jak najszybciej dostać do Obozu, do mojego rodzeństwa – zaczęła Marle.
            – Domyśliłam się tego – odparła szatynka. – Ale nie da się przejść przez granicę. Pojawia się coś takiego białego, w odcieniu śniegu…
            – Elsa – mruknęła córka Ateny.
            – Słucham?
            – Moja siostra musiała wyczarować barierę. Ma Hekate w przodkach, więc umie. Ale to znak, że coś się źle dzieje wewnątrz Obozu.
            – Jeśli to prawda, twoja pomoc jeszcze bardziej się nam przyda.
            – Sia, czas nam się kończy! – zauważyła Rebecca.
            – Muszę już iść – oznajmiła dziewczyna. – Ale za kilka godzin wrócę. Zostań tutaj, Augustulus cię tu nie znajdzie. Jak znów przyjdę, staniesz się jednym z moich ludzi. Nikt nic nie zauważy, obiecuję.


Lara

            Gdy szłam na arenę, powiał zimny wiatr. Odruchowo się skuliłam.
            Od momentu nowego planu dnia bałam się nawet wyjść z domku, by nie zostać nagle zaatakowana przez Rzymian. Moje rodzeństwo co prawda aż takich obaw nie mieli, ale i tak odczuwali strach. Matt nie odzywał się do nikogo, Sandra ciągle trzymała w dłoniach sztylety, a Jorge całe dnie spędzał sam, przy granicy, by w razie konieczności nas powiadomić o ataku.
            Odezwanie się do Clary groziło śmiercią. Była tak zdenerwowana, że wściekała się na wszystkich i wszystko z byle powodu. W jednej chwili mogła rozmawiać na spokojnie, a w drugiej chcieć zabić swojego rozmówcę.
            Pragnęłam się „zamienić” życiem z jakimś śmiertelnikiem. Wiele bym teraz oddała, by wieść normalne życie.

            Z lekkim strachem weszłam na arenę. Większość herosów już trenowała.
            – Walka na miecze, prawda? – zapytała mnie Rachel. Zadrżałam na dźwięk jej głosu. – Wyluzuj, Lara. Nic się tu złego nie stanie. To co, chcesz miecz?
            Kiwnęłam twierdząco głową. Rozejrzałam się po trybunach. Dolne rzędy zajmowały najmłodsi obozowicze, którzy mogli wziąć udział jedynie w łucznictwie. Na samej górze siedziały tylko dwie osoby – Ceira i León.
            – Lara, twój miecz – przede mną znalazł się Chris Rodriguez, podając mi broń.
            – Dzięki – powiedziałam cicho. Syn Hermesa natychmiast się ulotnił ze znanego mi powodu.
            Bał się trafić na Clarisse. Z ostatnich obserwacji (bo oboje nic o tym nie wspominali) wywnioskowaliśmy, że ze sobą zerwali w czasie jednej z ostatnich kłótni.
            – Turniej zaczyna się za dziesięć minut, walczysz w trzecim pojedynku – oznajmiła oficjalnym tonem Rachel.
            Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam i poszłam na trybuny usiąść.
            W turnieju najgorsze było, że dowiadujesz się, kto jest twoim przeciwnikiem, dopiero na polu walki.
            Nagle zrobiło się zimno. Skuliłam się.
            – Lara, coś się dzieje? – spytał ktoś. Instynktownie spojrzałam w stronę głosu i zobaczyłam wysoką dziewczynę o czarnych, sięgających pasa włosach i bladej skórze. Jej oczy w kolorze kawy z mlekiem patrzyły się na mnie z troską.
            – Nie, nie – odparłam. – Tylko jest mi jakoś zimno.
            – Przyzwyczaj się – odrzekła brunetka. – Wszyscy niedługo będziecie zimni.
            Już miałam się zapytać, co dokładnie ma na myśli, ale znikła. Zrobiło się ciepło, jak wcześniej.
            – Co Ci powiedziała Śnieżka? – spytała Ceira, siadając obok mnie.
            – Kto? – zdziwiłam się.
            – Nie jestem ślepa – odpowiedziała Nightshade. – Przecież rozmawiałaś ze Śnieżką.
            – Powiedziała tylko, że wszyscy będziemy zimni.
            Łowczyni spojrzała się w dal.
            – Jednak zaczęło się polowanie.

Ceira

            – Thalia, co ja mam robić? – zapytałam się. Porucznik Łowczyń zamyśliła się.
            – Nie wiem – odparła. – Jesteś pewna, że to ona?
            – Tak – odpowiedziałam. – Śnieżkę rozpoznam wszędzie.
            – My nic nie możemy poradzić, Nightshade – powiedziała Grace po długim zastanowieniu. W jej niebieskich oczach zobaczyłam smutek. – Bez Artemidy jesteśmy prawie bezradne. W dodatku bogini się nie zgodzi. Polowanie jest na ciebie.
            – Wiem – odrzekłam, spuściwszy głowę. – Nigdy mnie nie lubiła. Jak kilku innych bogów.
            – Kilku? – zaśmiała się Thalia. – Naliczyłyśmy ich trochę więcej.
            – Thalia, musimy iść – powiedziała jakaś dziewczyna.
            – Do zobaczenia, Nightshade – pożegnała się porucznik.
            – Do zobaczenia – odparłam. Obraz iryfonu znikł.
            Na zewnątrz panowała nieprzenikniona ciemność.
            Ile można rozmawiać? – zrobiła mi wyrzuty Ángeles. Już jedenasta, a północ w Argentynie. Jesteś bardzo nieodpowiedzialna.
            A dlaczego ty nie śpisz? – spytałam jej. Natychmiast zamilkła i położyła się na swoim miejscu.
            Okryłam się kołdrą. Przez ciągle myślenie o Śnieżce, nie mogłam zasnąć.
            Zawsze się jej bałam. Od kiedy babcia pierwszy raz mi ją przedstawiła – miałam wtedy trzy, może już cztery latka – nie polubiłam jej. Może ze względu na jej moc. Coś w środku kazało mi się jej obawiać.
            Ceira, koniec! – powiedziałam sobie. Nie możesz ciągle myśleć o tym samym.
            Spróbowałam pozbyć się wszystkich myśli z głowy. Jak zwykle, podziałało i szybko zasnęłam.

            Pacyfik wydawał się nie kończyć. W powietrzu unosiła się woń słonej wody.
            – A ty mówiłaś, że się nam nie uda – powiedział Jason, idąc przy mnie po białym piasku.
            – Zawsze trzeba być na tym przygotowanym – odparłam z uśmiechem. – Ale się jednak udało.
            – Bez ciebie i Reyny nie poradziłbym sobie – rzekł blondyn. – Widziałaś, jak szybko zareagowała? Jakby w ogóle się nie bała.
            – Ktoś musiał ją tego nauczyć – odpowiedziałam. – Nie wiem dlaczego, ale czuję, jakby miała jakiś związek z… – przerwałam. Nie mogłam mu tego powiedzieć.
            – Z Grekami? – zapytał. Spojrzałam na niego zdziwiona. – Sama mówiłaś, że oni istnieją.
            – Bardziej chodziło mi o jakąś grecką, mityczną postać – odrzekłam. – Typu Medea.
            – A ty nie masz niczego innego do roboty, tylko myśleć o kolejnych potworach. Chociaż raz wyluzuj. Nasz świat nie kręci się wokół ciągłej walki.
            – Mój tak.
            – A oprócz tego?
            – Nie powiem.
            Syn Jupitera złapał mnie z nadgarstek i przerzucił przez ramię. Pochylił się nade mną, dając mi cień.
            – A teraz? – spytał.
            – Nigdy się nie dowiesz!
            Teleportowałam się w inne miejsce. Jason jednak szybko zauważył moją sztuczkę. Dobiegł do mnie i złapał mocno w talii.
            – I co mi teraz zrobisz? – zapytał. Zaczęłam się śmiać i spojrzałam na niego. Śmiech ustąpił zdziwieniu.
            – Co się stało? – spytał Malcolm.

            Obudziłam się. Serce tłukło się tak szybko, że przestraszyłam się, że zaraz umrę.
            Szybciej pomyślałabym, że po tej scenie przyśni mi się moment, kiedy Jason stracił pamięć, a jego wspomnienia z moim udziałem zostały całkowicie wykasowane.
            Sama najchętniej wymazałabym te wspomnienia. Nic jednak nie działało. Hera odmówiła mi jakiejkolwiek pomocy. Zresztą jak inni bogowie, których o to poprosiłam.
            Zasnęłam znowu.

Malcolm

            Arena była przepełniona ludźmi. Dziwiło mnie, dlaczego Chejron przydzielił wszystkie domki na trening o tej samej porze.
            Jak zwykle, walczyłem z Ceirą. Już dawno się przekonałem, że sztylet nie jest jej mocną stroną, a właśnie taką bronią dzisiaj dysponowaliśmy.
            Tak właściwie, wolałbym walkę na miecze, ale przez Ann wszyscy uważali dzieci Ateny za mistrzów we władaniu sztyletami. Nie rozumiałem, dlaczego przez jedną osobę może się utworzyć stereotyp obejmujący całą grupę.

            Co chwila wytrącałem Nightshade nóż z ręki. Tym razem nawet się nie starała, jakby duchem była w innym świecie.
            – Ceira, skup się – powiedziałem. – Walka z Rzymianami to nie przelewki.
            Dziewczyna zagryzła wargę. Czułem, że dla niej będzie to ciężkie, ale to nie my byliśmy temu winni.
            Gdy już piąty razem z łatwością „pokonałem” wnuczkę Nyks, uznałem, że dalsze ćwiczenia nie mają sensu. Gdyby to była walka na poważnie, Ceira już dawno by nie żyła.
            W oddali rozbrzmiał dzwon, oznajmiający koniec wieczornych ćwiczeń.
            – Ceira, co się dzieje? – spytałem. – Nawet się dziś nie starałaś.
            – Nic takiego – odparła, ale w jej głosie wyczułem fałsz. – Po prostu… nie dam rady walczyć przeciwko nim.
            – Jeśli oni wejdą, to bariera Liz się złamie – oznajmiłem. – Z nimi mogą wejść potwory. A z taką formą nie dasz rady ich pokonać.
            – Słucham?
            – Ciągle jesteś zamyślona. Mam dla ciebie propozycję, ale nikomu nie mów.
            – Jeśli nie zauważyłeś, sekrety to moja specjalność. O co chodzi?
            – Po turnieju, gdy już cały Obóz będzie spać, spotkajmy się na arenie. Będzie pusta. Wtedy mi pokażesz, na co cię stać.
            – Dobra. Na co chcesz walczyć?
            – Jak walczysz mieczem?
            – Beznadziejnie. Mogą być sztylety?
            Zamyśliłem się moment.
            – Tak. Widzimy się wieczorem.
            Wyszedłem z ciągnącej się kolumny herosów, by dołączyć do mojego rodzeństwa, „zabezpieczającego” tyły.
            – Patrz, kto zostawił swoją narzeczoną – zaśmiała się Katelyn.
            – Jak długo będziesz jeszcze gadać takie bzdury? – zapytałem jej.
            – Rachel miała rację – westchnęła teatralnie Emma. – Żadne z was się nie przyzna.
            – Do czego? – zapytałem, ale nikt mi nie odpowiedział.
           
           
            W Obozie zgasły wszystkie światła. Mimo tego wszystko dobrze widziałem.
            Szybko przeszedłem odległość dzielącą kabinę Ateny i arenę. Magiczne pochodnie paliły się i wiedziałem, że tak będzie przez całą noc.
            Ceira już czekała, strzelając do tarczy. Na jej twarzy zauważyłem zdenerwowanie. Westchnęła głęboko, gdy kolejne strzała nie trafiła w sam środek koła.
            – Przygotowana? – zapytałem. Dziewczyna spojrzała w moją stronę zdziwiona.
            – Nie zauważyłam cię – powiedziała. – I ja zawsze, ale to zawsze jestem gotowa na walkę.
            – A więc, sztylety – wyciągnąłem z kieszeni dwa noże.
            – Nie, dzięki, mam swój – oznajmiła wnuczka Nyks, gdy podawałem jej jeden ze swoich. Rzuciłem broń w kierunku trybun.
            – To, co, zaczy… – przerwał mi nagły atak ze strony Nightshade. Zrobiłem parę uników. Gdy ją zablokowałem, zobaczyłem, że jej sztylet nie ma rękojeści, tylko wyrasta z jej nadgarstka.
            – Jak…? – zdziwiłem się. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem.
            – Ma się te kontakty – odparła z uśmiechem.
            Nie może wygrać, postanowiłem i rozpocząłem kontratak. Na początku dziewczyna zdawała się być beznadziejna, ale potem zaczęła walczyć „na serio”. Momentami zdawała się być lepsza od Annabeth, która uchodziła za mistrzynię.
            Gdy patrzyłem na nią w czasie walki, widziałem w jej błękitnych oczach radość. Mimo woli się uśmiechnąłem. Lubiłem ją taką.
            Nagle Ceira się potknęła. Odruchowo ją złapałem, by nie upadła na ziemię. Nasze twarze dzieliło tylko kilko centymetrów… i mnie poniosło.
            Pocałowałem ją. I dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, co do niej tak naprawdę czuję.
            Otworzyłem powoli oczy. Ceira wyglądała na wstrząśniętą. A po chwili już jej nie było.
            Usiadłem na trybunach i uśmiechnąłem się lekko. Może już nie widziałem Nightshade na  żywo, ale i tak wiedziałem, że jej twarz już zawsze będzie w mojej pamięci.


Ceira

            Gdy wróciłam do domku numer osiem, rządziła mną wściekłość na samą siebie. To nigdy nie powinno się zdarzyć.
            Przecież ze wszystkich stron leciały ostrzeżenia. Atena zakazała Malcolmowi mieć ze mną bliższy kontakt. Rachel oznajmiała o tym, że między nami jest coś więcej. Maggie Serdown chciała, bym się odsunęła od Malcolma. Ángeles ciągle przestrzegała. A ja – jak zwykle – posłuchałam się Zoe (czy prawdziwej, o to jest pytanie), która mówiła, bym zaufała.
            Miałam takie piękne plany – uporać się z Rzymem i wstąpić do Łowczyń. Teraz jednak nie wierzyłam, żeby Artemida zgodziła się na to drugie.
            Muszę stąd zniknąć.
            Kolejny raz w ciągu ostatnich dwóch dni pojawiła się w mojej głowie myśl o ucieczce z Obozu. Mogłam wrócić do Mae i Chrisa. Mogłam nie walczyć z Rzymianami i wrócić do domu.
            Ale ty nie masz domu.
            Co jak co, ale to stwierdzenie było prawdziwe. I zawsze sprawiało ból.
            Mój dom zniknął wraz ze śmiercią mojego dziadka. Co z tego, że mieszkał w Londynie – uwielbiałam Anglię, miałam tam przyjaciół.
            Miałam tylko dwie opcje: uciec stąd gdzieś, gdzie będę się kryć do końca życia, lub zginąć.


* * *
            Sia spokojnie stanęła z innymi centurionami na granicy Obozu Herosów. Zza drzew widziała wschodzące słońce.
            – Po co nas wezwałeś tak wcześnie, Octavian? – zapytała. Potomek Apolla się uśmiechnął łobuzersko.
            – Przypatrz się dobrze, Sio – oznajmił. – To jest ziemia, którą chcesz tak bardzo chronić przed nami. Za dwa dni – zrobił długą przerwę – będzie zroszona krwią Greków. Poniosą karę za zniszczenie naszego miasta.
            Dziewczyna zamknęła oczy. Ukradkiem otarła łzy.
            Jej „współpracownicy” odeszli. Po chwili usłyszała znajome kroki Rebecci i przechwyconej córki Ateny.
            – Co z tym zrobisz? – spytała ją wnuczka Marsa.
            – Jesteś pewna, że to Cal ci odpisała? – odpowiedziała pytaniem szatynka, otwierając oczy i kierując swój wzrok na przyjaciółkę.
            – Jej pisma się nie da podrobić – odparła ciemnooka. – I nikt inny nie zna kodu.
            Sia zamyśliła się na moment.
            – Moi ludzie są teraz pod jej rozkazami – powiedziała. – Wkroczymy na teren Obozu tylko po to, by jej służyć. I… i żeby powstrzymać przed rozlewem krwi greckiej. A teraz odprowadź córkę Ateny do naszej kohorty, jako córkę… jako moją siostrę.
            Rebecca kiwnęła twierdząco głową i odeszła razem z Argentynką.
            Córka Concordii popatrzyła w niebo.
            – Cokolwiek teraz zrobię, mamo – wyszeptała łamiącym się głosem – zrobię po to, by zaprowadzić pokój. By przysporzyć ci chwały, nawet kosztem swojego życia.

_______________________________________________________
Jupi jej, oto nowy rozdział. Wiem, tydzień po pierwotnie wyznaczonej dacie, ale za ChRL nie wiedziałam, jak zacząć część Malcolma.
Tak, wiem, że krótko, ale kolejny będzie dłuższy. Będzie trochę walki i ogólnie dużo akcji.
Przykro mi, Amnezjo, ale musiał dać ten fragment z Ceirą i Malcolmem.
Postaram się jak najszybciej dodać nowy rozdział.
Dziękuję Wam za prawie 12 tys. wyświetleń. Jesteście boscy.

Lekkiego roku szkolnego
Pozdrowienia od Szczerbka
Nike

4 komentarze:

  1. Boski rozdział kocham twój styl pisania taki poważny kwiecisty i bogaty akcja nieprzewidywalna i pomysłowa jednym zdaniem Twój blog uzależnia :)
    pozdrowionka i weny, weny, weny...
    Wpadniesz???
    ?http://lynetterosveltnaolimpie.blogspot.com/
    twoja opinia wiele dla mnie znaczy
    Rose:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miły komentarz.

      Wow, nie wiedziałam, ze akurat ten styl też jest poważny, bo to jest ten "lekki" styl. Już się boję, jak w oczach innych wygląda ten "ciężki".

      Moją opinię nt. Twojego bloga poznasz już niedługo. Wcześniej nie miałam tak naprawdę czasu.

      Weny, lekkiej szkoły, dużo wolnego czasu i wspaniałego 2015
      Pozdrowienia z Berk
      Nike

      Usuń
  2. Rozdział świetny!
    Scena Ceiry i Malcolma super! <3 Uwielbiam ta parę i mam nadzieje, że coś z tego będzie.
    Teraz tylko wyczekuje jak Ceira opowie co nieco o sobie i na moment, w którym Rzymianie zaatakują (albo i nie).
    Lece czytać dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za tak miły komentarz.

      Ceira x Malcolm - ten wątek się będzie powoli rozkręcać. Malcolm oczywiście zakochany (co zaburza lekko jego ocenę), a Ceira nie chce dopuścić do siebie tej myśli.

      Na "spowiedź" Ceiry trzeba będzie trochę poczekać, bo muszę doprowadzić Siódemkę do domu (i pierwsze przeczytać KO).

      Weny, wspaniałego roku 2015, lekkiej szkoły, dużo wolnego czasu i spełnienia marzeń
      Pozdrowienia z Berk
      Nike

      Usuń